Kamil Fejfer, autor książki "Zawód. Opowieść o pracy w Polsce. To o nas". (fot. P. Banasik / What's Up)

Wolny rynek to wyścig na dłuższe zęby

– Z jednej strony wierzę w etyczne postępowanie na rynku pracy, ale z drugiej wiem, że jeśli działasz zgodnie z normami współżycia społecznego i nie przewidujesz czyjegoś postępowania na kilka ruchów do przodu, to po prostu cię rozgniotą – opowiada Kamil Fejfer, dziennikarz, publicysta, autor książki „Zawód. Opowieść o pracy w Polsce. To o nas”

Piotr Banasik: Znasz to też ze swojego doświadczenia?

Kamil Fejfer: Absolutnie, spotykałem się z tym na każdym kroku. Nawet teraz wiem, że gdyby ktoś mógł zrobić mnie w ch…, to zrobiłby to. Nie wierzę, że można ucywilizować rynek dobrymi chęciami. Dobre intencje w ostatecznym rozrachunku przegrają z logiką zysku.

Aż za dobrze wiedzą to bohaterowie, których opisujesz w „Zawodzie”.

Jeden z nich, ten, który pracował w MLMie, mawia, że Polska to kraj, w którym ludzie ciągle grają w pana i chama. Ciągle musisz się ścigać, nie możesz ułożyć partnerskich relacji w biznesie, zawsze musisz walczyć o swoje.

Mogę to opisać nawet na własnym przykładzie: mam kilku zleceniodawców i od każdego – dosłownie każdego – muszę się domagać hajsu. Jestem freelancerem i nie mogę zaplanować swojego budżetu, bo niemalże wszyscy zalegają. A jeśli nie zalegają –

to na przykład nie publikują zamówionych tekstów albo obcinają wierszówki. Najgorsze, że przecież nie muszą tego robić, bo mają kasę i mogą opłacić fakturę w terminie – ale w jakiś dziwny sposób tego nie robią.

W tym względzie jestem gorącym zwolennikiem silnej ingerencji państwa i uważam, że powinno ono cywilizować rynek. Przedsiębiorcy mogliby to robić, ale w swojej masie tego nie zrobią – bo kapitalizm nie jest od tego, żeby był dobry, tylko od tego, żeby zarabiać. Jeżeli ktoś ma możliwość zarobku i wyzyskania przewagi, to pewnie z niej skorzysta. Ktoś musi wbić klin między pracownika czy zleceniobiorcę a większego przedsiębiorcę. Ktoś musi to kontrolować. Nie wierzę w wolny rynek, bo wolny rynek to wyścig na dłuższe zęby.

Historia z Magazynu Porażka. (źródło: www.facebook.com/magazynporazka)

Zanim napisałeś „Zawód”, założyłeś na FB fanpage „Magazyn Porażka”. Kiedy natknąłem się na niego pierwszy raz, skojarzył mi się z popularnymi niegdyś dowcipami o łotewskich chłopach, gdzie na końcu zawsze były halucynacje i śmierć z niedożywienia. I pomyślałem, że historie z „Porażki” byłyby nawet równie śmieszne, gdyby nie były prawdziwe.

Chciałem, żeby historie z „Porażki” wydawały się prawdopodobne. Zresztą trochę takie są – to posklejane opowieści różnych znajomych albo znajomych znajomych, tylko wyrwane z kontekstu i przeniesione w inne miejsca geograficznie. Z drugiej strony zawodowo zajmuję się analizą rynku pracy, więc te historie najczęściej są po prostu prawdopodobne.

„Zawód” natomiast od początku miał być opowieścią prawdziwą. W książce opisani są ludzie, którzy rzeczywiście istnieją – mają zmienione imiona i miejsca zamieszkania, ale ich historie się wydarzyły. Słyszałem już zarzuty, że to w ogóle żaden reportaż, bo nie oddaje głosu drugiej stronie. Z jednej strony przyjmuję to jako mądrą uwagę warsztatową. Z drugiej myślę, że ta druga strona już tyle razy zabierała głos, że warto przekazać go pracownikom – czyli milczącej do tej pory większości.

Ilu historii wysłuchałeś, żeby znaleźć dziesiątkę swoich bohaterów?

Na fanpejdżu „Porażki” zgłosiło się do mnie kilkadziesiąt, może sto osób, ale od początku wiedziałem, że szukam „normalnych” ludzi. Nie chciałem epatować biedą, ludzkimi tragediami i skrajnymi przypadkami. Wyjątkiem jest dziewczyna z ostatniego rozdziału, która pracuje jako prostytutka. Powiedziała mi, że od kiedy pracuje jako dziwka, wreszcie nie czuje się jak szmata – od razu wiedziałem, że jej historia musi się pojawić na końcu książki.

Kamil Fejfer. (fot. P. Banasik / What’s Up)

Przeprowadziłem też kilka, kilkanaście rozmów, które nie weszły do „Zawodu” – to historia policjanta z niepełnosprawnym dzieckiem z niedużej miejscowości albo utalentowanej graficzki, która nie mogła poradzić sobie na rynku pracy. Gdyby działała w normalnych warunkach, a nie takich, gdzie każdy dla każdego jest rekinem i gdzie nie masz pazurów, to zostaniesz pożarty, to może nie zmarnowałaby swojego potencjału?

Pożyczyłem książkę mojemu przyjacielowi, który akurat szuka pracy. Początek przeczytała jego żona i powiedziała mu: nie czytaj tego, bo się zdołujesz. Naprawdę chciałeś napisać taką dołującą książkę?

Przede wszystkim uważam, że o rynku pracy w Polsce warto mówić. Tak jak w pewnym momencie Filip Springer „odkrył”, że istnieje w Polsce problem mieszkaniowy – choć wszyscy o tym wiedzieli – to temat nagle zaczął żyć. Okazało się, że większość ludzi mieszka albo na małej powierzchni, albo jest niedogrzana, albo płaci wielkie pieniądze za niewielki metraż. Springer wyciągnął to na światło dzienne.

Problem rynku pracy też istnieje i wszyscy o tym wiedzą, jednak dopiero niedawno ktoś zaczął o nim pisać – wyszedł „Zawód”, Rafał Woś napisał „To nie jest kraj dla pracownika”, a Olga Gitkiewicz – „Nie hańbi”. O wszystkich było głośno, więc chyba udało się ożywić dyskusję na ten temat.

Chciałem też dotrzeć do aspirującej klasy średniej, która czyta książki, traktując to jako element stylu życia „na poziomie”. A jednocześnie przedstawiciele tej klasy siedzą w swoich bąbelkach: pracują w korpach, mają znajomych w korpach, chodzą na imprezy z ludźmi z korpów, plotkują w kawiarni przyjaznej dzieciom z koleżankami z korpów – żyją w zamkniętym świecie, w bańce, w której wyparli to, że taka Polska „normalna”, medianowa istnieje. I myślą, że jeśli oni się gdzieś doczłapali, to znaczy, że wszyscy mogą. A okazuje się, że nie mogą – co wynika z normalnej statystyki, bo ilość dobrych miejsc pracy jest ograniczona.

Poza tym chcę do tej klasy średniej powiedzieć: jeśli wyjechaliście ze swoich małych światów – tak jak ja, bo jestem z Ełku – to nie znaczy, że wszyscy z nich wyjechali i że wszystkim udało się tak jak wam. Te małe miasteczka nie zniknęły, one tam ciągle są i w nich ciągle żyją ludzie.

Wizualizacje nowych biurowców w Krakowie. (mat. pras.)

Przyjechałem tutaj przez całą Warszawę: od Mordoru, mijając po drodze większość korporacji i wieżowce w centrum Warszawy. Teraz siedzimy w popularnej klubokawiarni, wokół pełno ludzi – wyglądają na zadowolonych z życia. Naprawdę jest tak źle? Czy dziesięć historii, które udało Ci się wydestylować z polskiego rynku pracy, naprawdę opisują go takim, jaki jest?

Niedawno GUS opublikował moje ulubione dane – medianę zarobków, która wynosi 2512 zł na rękę. Połowa Polaków zarabia mniej niż dwa pięćset na rękę – z perspektywy dużych miast wydaje się, że to jest taki straszny skandal, ale ludzie naprawdę tak żyją.

Oczywiście, że na rynku pracy można się wybić i wyróżnić, tylko że najprawdopodobniej ci nie wyjdzie. Mówi się, że każdy może być Billem Gatesem, bo Bill Gates istnieje; możesz być miliarderem, bo na świecie są miliarderzy. Możesz włożyć strasznie dużo starań, żeby ci wyszło – i ch…, nie wyjdzie ci, bo to wynika z matematyki, a nie z twojej chęci czy niechęci. Na każdą osobę, która osiągnęła sukces zawodowy, przypada kilka czy kilkanaście takich, które nie mają na to szans – brakuje im talentu i warsztatu, nie mają nikogo, kto mógłby ich pociągnąć w górę.

Kiedy czyta się „Zawód” można odnieść wrażenie, że Twoi rozmówcy są kopalnią bon motów. Co trzecie zdanie mogłoby posłużyć za tytuł tej rozmowy: „Za hajs matki stażuj” albo „MLM to najlepsza metoda, żeby zrazić do siebie rodzinę i przyjaciół”. To ich słowa czy Twoje?

Jeżeli są w dialogach, to znaczy, że tak powiedzieli. Inna sprawa, że mam taki rodzaj słuchu wyczulonego na bon moty, mam też swoje preferencje językowe – lubię zażartować czy napisać coś ironicznie, bo czasami tylko tak da się pisać o rynku pracy w Polsce.

Kamil Fejfer, autor książki „Zawód. Opowieść o pracy w Polsce. To o nas”. (fot. P. Banasik / What’s Up)

Opisujesz historie z rynku pracy, ale nie pytasz, czy można rozwiązać jego problemy, ani nie odpowiadasz, w jaki sposób to zrobić.

Ta książka nigdy nie miała być poradnikiem zmiany świata – od początku jej zamysłem było opisanie bohaterów medianowych, czyli normalnych, nie zaś dawanie recept i odpowiedzi na ich problemy.

A jakie są recepty, jeśli są?

Jest mnóstwo recept – wystarczy przyjrzeć się temu, co zrobiły inne kraje, a potem naśladować je i patrzeć, czy działa. Nie wszystko da się przeszczepić ze względu na różnice kulturowe, ale warto próbować: zwiększać rolę związków zawodowych, wzmacniać rolę Państwowej Inspekcji Pracy, obecnie niedofinansowanej i z niewielkimi kompetencjami. Rozszerzyć kontrolę pracodawców. Podwyższać płacę minimalną, żeby osiągnęła pułap zalecany przez Międzynarodową Organizację Pracy – obecnie brakuje nam do tego kilkunastu procent. Możemy opierać rozwój o zielone technologie, zwiększyć branżową ochronę pracowników i tworzyć branżowe prawa pracy. Możemy stawiać na polepszanie wydajności, wprowadzić podatki progresywne, czyli obciążyć ludzi na górze, dzięki czemu ci na dole będą mieli lepsze usługi publiczne. Jest mnóstwo rozwiązań, które przyniosły skutek na Zachodzie – są metody, dzięki którym ekonomia będzie służyła większości, a nie tylko najbogatszym.

Niewiele z tego się dzieje.

Prawie nic. Nie wyobrażam sobie dziś w Polsce dyskusji o podniesieniu podatków, a już na pewno nie o podwyżce podatków najbogatszym. Przez trzydzieści lat karmiono nas poglądami, że wysokie podatki są złe – gówno prawda: w krajach, gdzie opodatkowanie jest wysokie, żyje się lepiej. Tam, gdzie podatki są niskie albo jest możliwość ich obchodzenia, żyje się źle. W samym Nowym Jorku jest więcej bezdomnych niż w całej Polsce: USA to bogaty kraj, który ma gdzieś osoby biedniejsze, ale dzięki popkulturze forsuje swój wizerunek kraju powszechnej  zamożności. Bo w popkulturze pokazuje się głównie ludzi zamożnych. To prawda, USA ma jeden z najwyższych PKB na głowę, ale z drugiej strony to kraj kontrastów: wielkiego bogactwa i biedy, zupełnie niepotrzebnej, zważywszy na to, jak wiele tam jest do zagospodarowania.

Amerykańskie korporacje urządzają się w Polsce, bo tutaj jest taniej?

I po jakimś czasie przejmują „polskie” metody zarządzania, w których liczy się to, żeby zgnoić, zniszczyć kogoś, kto jest pod tobą. Chyba do tej pory odbija nam się czkawką potransformacyjną, która przyniosła pogardę wobec tych, którym się nie udało, którzy pracują ciężej.

„Zawód” to Twój apel do pracodawców?

W pewnym sensie chciałbym powiedzieć: nie róbcie tego tak, jak to opisuję. Bądźcie mili, płaćcie za nadgodziny, płaćcie normalne pieniądze. Nie wiem nawet, dlaczego musimy o to apelować.

 

Kamil Fejfer – dziennikarz, analityk rynku pracy, zajmujący się problemami rozwarstwienia ekonomiczno-społecznego; publikuje m.in. w F5, OKO.Press, Krytyce Politycznej i Gazecie Wyborczej; autor facebookowego fanpage’a „Magazyn Porażka”, po godzinach gra w zespole Bastard Disco (skrzyżowanie niezależnego rocka, punka i noise’u).

Piotrek Banasik

Ma aparat, dlatego robi zdjęcia (czasami nawet fotografie). Założyciel atelier fotograficznego BananStudio.pl. Miłośnik jazzu, kotów (w zasadzie kota – Szalika) i tarty ze szpinakiem, fan piłki nożnej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *