Straszna przyjemność

Ten tekst miał powstać już trzy miesiące temu, kiedy dom strachu FearFactory zaistniał na krakowskim rynku. Ale – przyznam się szczerze – trochę bałem się tam iść.

Domów strachu (lub inicjatyw pokrewnych) trochę już w Krakowie było: po Floriańskiej przechadzał się Freddy Krueger, na Grodzkiej grasował Człowiek-Lustro, a od czasu do czasu na Rynku pojawiała się Śmierć, oczywiście z kosą. Połączenie domu strachów z escape roomem to w okolicy nowość.

Wchodzę do piwnicy jednej z kamienic przy Plantach – ciemno, choć oko wykol; migotliwe światło dają tylko świeczki ustawione na schodach. Wprawdzie wiem, że nic mi nie grozi – przyszedłem na wywiad, nie na grę – ale czuję delikatne dreszcze i (bez powodzenia) staram się wzrokiem przeniknąć ciemność. Prawie podskakuję, słysząc za sobą brzęk łańcucha, na szczęście przypadkiem poruszonego przez właścicielkę tego miejsca, Magdę Jagielską.

– Masz prawo się bać, bo jesteś na terytorium Harry’ego i Franka – śmieje się moja rozmówczyni. – To dwóch bohaterów naszej zabawy, którzy zamieszkali w piwnicy i zrobią wszystko, by żadna grupa śmiałków nie opuściła tego miejsca.

Trudno mi się przekonać do „zabawy”, kiedy widzę wysmarowane krwią ściany, wisielca, dziecięcą trumienkę albo ludzkie głowy w słojach z formaliną. Wszystko wprawdzie sztuczne, ale – w ciemności – robi upiorne wrażenie (i w tym kontekście to komplement). Słyszę jednak, że wizytę trzeba zamawiać z pewnym wyprzedzeniem, i zastanawiam się, co kieruje ludźmi, którzy z własnej woli chcą się bać.

– Dawno temu żeby się przestraszyć, ludzie czytali horrory, później słuchali „strasznych” audycji radiowych czy oglądali przerażające filmy – tłumaczy Szymon Jagielski, współwłaściciel, który wciela się w rolę jednego z bohaterów gry. – Dziś to już nie wystarcza, dlatego chcą poczuć strach dosłownie na własnej skórze.

Od właścicieli słyszę, że zdarzają się nawet osoby, które chcą być porwane, kneblowane czy wiązane – i choć sam tych fetyszy nie podzielam, to doceniam, że za każdym razem scenariusz gry jest wymyślany na bieżąco i nie ma dwóch takich samych rozgrywek. – Czasami jednak bywa, że ktoś przychodzi z silnym przekonaniem, że niczego się nie wystraszy, dlatego musimy zastosować „niestandardowe” środki – śmieje się Magda Jagielska. Wypowiedź brzmi na tyle złowieszczo, że postanawiam nie pytać, na czym polegają.

Każda karta ma dwie strony, więc bywają też tacy, którzy podnoszą ręce i krzyczą „stop”, zanim jeszcze zabawa się zacznie. – W jednej grup był chłopak, który tak usilnie starał się uratować swoją narzeczoną, że skopał nam drzwi do jednego z pomieszczeń – opowiada Szymon. – Inna dziewczyna wczepiła się paznokciami w ścianę i powiedziała, że nigdzie się nie ruszy, choć wcześniej wyglądała na odważną. Takie osoby zostawiamy w spokoju, ale atakujemy innych – zdradza kulisy gry.

Anegdot tego typu słyszę więcej, ale większość z używanych przez gości Fear Factory słów nie nadaje się do powtórzenia. Emocje są więc silne, ale pozytywne, co potwierdza pięć gwiazdek i dobre opinie w serwisie TripAdvisor.

Kiedy pytam o genezę pomysłu, Magda zdradza, że nie ogląda horrorów i niespecjalnie lubi się bać. Pytam więc, czy Fear Factory pełni dla niej rolę autoterapii. Odpowiada anegdotą: – Przyszłam tutaj kiedyś sama, żeby zrobić kilka zdjęć na naszą stronę. Włączyłam wszystkie światła i… bałam się tak, że nie wyszłam poza pierwszy pokój – śmieje się. – Musiałam zadzwonić do Szymona, żeby mnie uwolnił.

Piotrek Banasik

Ma aparat, dlatego robi zdjęcia (czasami nawet fotografie). Założyciel atelier fotograficznego BananStudio.pl. Miłośnik jazzu, kotów (w zasadzie kota – Szalika) i tarty ze szpinakiem, fan piłki nożnej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *