Siedem uciech głównych… Krzysztofa Głuchowskiego

Krzysztof Głuchowski wśród uczestników warsztatów „Wokół Słowaka”. (fot. P. Banasik)

Kiedyś to my polecaliśmy wam spektakle, filmy i książki. Postanowiliśmy nieco zmienić perspektywę i poprosiliśmy osoby, które tworzą kulturę w Krakowie, by opowiedziały, co dla nich stanowi siedem uciech głównych. W tym numerze oddajemy głos Krzysztofowi Głuchowskiemu, dyrektorowi Teatru im. Słowackiego w Krakowie, który zaprasza was na przebieżkę i spacery. Nie tylko śladem Wyspiańskiego.

Zakopane

Zakopane jest dla mnie miejscem szczególnym. Ma dwa oblicza: jednego nie znoszę, drugie mnie wzrusza.

Nie toleruję Zakopanego wypełnionego serkami, podgrzewanymi wielokrotnie kiełbasami i wątpliwej jakości pamiątkami oraz tabunami turystów, którym obca i obojętna jest historia tego miejsca. Na szczęście tuż obok zachowało się drugie Zakopane, pamiętające jeszcze XIX wiek. Świadomie wspominam Zakopane, a nie góry. Góry są dla mnie innym, bardzo intymnym miejscem.

Najbardziej cenię Zakopane w niepopularnych wśród turystów porach roku, np. podczas Wszystkich Świętych. Wtedy miasto zmienia oblicze, a Krupówki świecą pustkami. Można w spokoju poszukać zabytkowych drewnianych willi i przypomnieć sobie, jak wygląda styl zakopiański, wyobrazić, jak mogło wyglądać to miejsce ponad sto lat temu.

W Zakopanem mam też kilka ulubionych restauracji, w których się stołuję, co nie jest łatwe, bo jestem weganinem. Niedaleko ścieżki Pod Reglami znajduje się Żabi Dwór – nazwę wymyślił marszałek Piłsudski, który lubił tam odpoczywać. Siedząc z talerzem najlepszych rydzów z patelni, jakie można sobie wyobrazić, wpatruję się w zawieszony na ścianach fotograficzny zapis ostatnich kilkunastu dekad historii Polski. To miejsce jest nią przesycone.

Drugą restauracją, którą odwiedzam w stolicy Tatr, jest Zakopiańska, którą cenię za świeże składniki i proste, ale ambitne i nowoczesne menu. Ostatnio próbowałem tam świetnej polenty. Lubię spędzać czas w pensjonacie Legenda Tatr, który jest przykładem tego, jak można odnowić zabytkową tatrzańską willę w taki sposób, że chce się tam przebywać i odpoczywać.

Droga do Tyńca. (fot. P. Banasik)

Wisła – od Dąbia po Tyniec

Biegam, najchętniej nad Wisłą, gdzie moją trasę wyznaczają kolejne mosty.

Wisła jest ciągle w Krakowie nieoswojona, miasto powoli się do niej odwraca. Widziane z jej perspektywy, zmienia się jak w kalejdoskopie.

Przebiegam przez kolejne centralnie położone dzielnice i zdaje mi się, że nawet ich zapach różni się między sobą. Zostawiam za sobą Podgórze, Kazimierz, Wawel, Zwierzyniec, Salwator, wbiegam na wały i biegnę w stronę Tyńca.

Niektóre miejsca zyskują dla mnie rangę symbolu, jak wieże kościoła klasztoru Kamedułów na Bielanach. Widok tych oświetlonych wież jestczasem dla mnie kojący, jakby była to latarnia morska dla wracającego do domu marynarza.

Widok z okna pracowni

Szafirowa pracownia Wyspiańskiego mieściła się w kamienicy przy Krowoderskiej 79.

Mieszkanie Wyspiańscy wynajęli w 1901 roku. Liczyło siedem pokoi. Ostatni w amfiladzie pokój był narożny i Wyspiański urządził w nim swoją pracownię, a wszystkie ściany i sufit pomalował na niebiesko. Z okna widać było ulicę Kilińskiego, czyli dzisiejsze Aleje. To okno wciąż przenosi nas w inny wymiar. Mimo że pędzą za nim teraz samochody, z łatwością odnajdziemy w tym widoku namalowane przez Wyspiańskiego obrazy i popatrzymy na Kraków jego okiem.

„Śpiący Mietek”, Stanisław Wyspiański. (ze zbiorów Cyfrowego Dziedzictwa Kulturowego)

Wyspiański w Muzeum Narodowym

Pozostaniemy w kręgu Wyspiańskiego. Dane mi było być na jeszcze nieotwartej wystawie jego prac w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego.

Po zamknięciu oddziału Muzeum przy Kanoniczej zbiory Wyspiańskiego nie były dostępne. Tymczasem na nowej wystawie Muzeum Narodowego znalazły się niemal wszystkie i myślę, że sam Wyspiański byłby zachwycony sposobem ekspozycji. Wystawa i sama postać Wyspiańskiego zapierają dech w piersiach. Ile tam jest pomysłów, rozpoczętych dróg… Choroba zabrała go zbyt wcześnie. Ta ekspozycja będzie jedną z tych krakowskich wystaw, które trzeba zobaczyć.

Sznurownia i dach

Mam dwa ulubione miejsca w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Oba nieoczywiste i ukryte przed okiem widza. W obydwu czas zdaje się zatrzymywać i dlatego staram się je odwiedzać w momentach, gdy zdaję sobie sprawę z tego, że sam zaczynam szaleńczo gdzieś pędzić.

Pierwszym jest sznurownia: wyjątkowy zabytek sztuki techniki. Ma wysokość ponad 30 metrów i wygląda tak samo od 125 lat. Służy do poruszania sztankietów, podestów i wszystkiego, co unosi się i fruwa podczas spektakli. Ciągle jest ręcznie obsługiwana przez sznurowych, a magia odbywa się za pomocą kamiennych przeciwwag. Tych ludzi nie widać, ale są bardzo istotni dla przebiegu spektaklu. Ich zawód wymaga muzykalności i wielkiego wyczucia.

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. (fot. P. Banasik)

Staję czasem na ostatnim pomoście, 30 metrów nad ziemią, patrzę w dół na oświetloną scenę i uświadamiam sobie, że pamięta ona czasy Wyspiańskiego. Czasami udaje mi się pójść jeszcze wyżej. Na dachu teatru czuję się jak na Titanicu – mam na myśli oczywiście ogrom tego statku.

To z tego położenia najlepiej widać majestat budynku teatru. Odczucie to wzmaga się, gdy pomyślimy o historii tego miejsca i jego roli w tworzeniu polskiej kultury. Co prawda Wyspiański nie dożył odzyskania przez Polskę niepodległości, ale to tu nasz narodowy charakter kształtowały jego najważniejsze dramaty.

Palmiarnia w Ogrodzie Botanicznym

Cały Ogród Botaniczny jest świetny, ale Palmiarnia jest miejscem wyjątkowym.

Wchodząc do niej, mam wrażenie, że przenoszę się egzotyczne miejsce. To inny świat, temperatura, powietrze. Miejsce abstrakcyjne; ma się wrażenie, że za chwilę zza rogu wyskoczy tygrys albo waran. Przez chwilę można pobyć niby na jawie, a jak w śnie. Coś wspaniałego!

Biografia Wyspiańskiego

Skończyłem właśnie lekturę książki „Wyspiański. Dopóki starczy życia” Moniki Śliwińskiej.

Autorka wykonała nieprawdopodobną pracę i niemal dzień po dniu relacjonuje życie Wyspiańskiego. Z kart książki wyłania się prawdziwy, fascynujący człowiek. Niestety, temu odkryciu towarzyszy smutna konstatacja, że końcówka jego życie to walka o zdrowie, pieniądze oraz zrozumienie. Krakowskie społeczeństwo wyrządziło krzywdę i jemu, i sobie.

Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby nasze miasto było tak naznaczone Wyspiańskim jak Barcelona Gaudim. Pomyślmy o tych polichromiach,
witrażach. Czas najwyższy przywrócić Wyspiańskiego Krakowowi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *