Przyjdzie bot i nas zje…

Jako pierwsza w dziejach świata generacja „digital natives” musimy oswoić się z myślą, że za jakiś czas w większości zadań na rynku pracy zastąpią nas boty i roboty – mówi w rozmowie z „What’s Up Magazine” Aleksandra Przegalińska, badaczka nowych technologii z MIT w Bostonie.

RAFAŁ ROMANOWSKI: Kto pierwszy pójdzie pod nóż?

ALEKSANDRA PRZEGALIŃSKA: Telemarketerzy. Nie mają najmniejszych szans.

Wytną ich roboty?

Tak. Choć trudno prognozować czy stanie się to za 5, 10 czy 20 lat. Jedno jest pewne: przy tak gwałtownym rozwoju automatycznych botów i wirtualnych doradców, taki zawód jak telemarketer nie wytrzyma konkurencji ze strony maszyn. Przegra z kretesem.

Nie ma sensu kształcić człowieka deklamującego np. oferty telefonii komórkowej czy marketu z butami, skoro to samo potrafi zrobić bot?

Właśnie. Bot zrobi to taniej i lepiej. Zaprogramuje się go pod konkretny efekt i pozwoli kontaktować się z klientami. To wszystko.

Boty wkraczają niepostrzeżenie w nasze życie. Na branżowych konferencjach, m.in. majowej We Are Developers w Wiedniu czy marcowej MobileTrends w Krakowie, wirtualny bot to temat nr 1. Niczym w chińskiej mitologii rok 2017 ochrzczono nawet Rokiem Bota…

O, tego nie wiedziałam (śmiech). Ale fakt, sztuczna inteligencja w postaci pomagających nam i nawigujących nami botów, to już powszechność. Można się zżymać, można protestować, ale na dłuższą metę to walka z wiatrakami.

Multum botów w chińskich komunikatorach typu WeChat, nawigacja od Google, asystent kupowania biletów lotniczych w holenderskim KLM, Siri w iPhonach, Alexa zintegrowana z setkami usług, m.in. Uberem, coraz bardziej popularne boty w facebookowym Messengerze. Mają gotowe odpowiedzi, ileś zapisanych scenariuszy rozmów, niektóre zaczynają wyczuwać emocje z naszego tonu głosu czy dobieranych słów. No dobrze, ale jeśli komuś nie odpowiada rozmowa z botem, to ma jakieś wyjście?

Coraz mniejsze. Ale nie ma tu co oceniać tego zjawiska, bo tak jak mówiłam: to się po prostu dzieje. W coraz szerszych obszarach żywy człowiek będzie zastępowany przez maszyny. Może więc lepiej się jakoś do tego przyzwyczaić, zamiast protestować czy celowo ignorować zmiany?

Będzie strajk ludzi przeciw robotom?

Niekoniecznie. W wyniku globalnych zmian poznikało już przecież mnóstwo zawodów. Powiedz mi: jak ludzie mieliby protestować przeciw maszynom w XXI wieku?

Może rozbijać je kijami, jak niegdyś maszyny parowe?

Ale skoro mówimy o botach, to ingerencja fizyczna nie wchodzi w grę. Nie można uderzyć wirtualnej istoty, chociaż można zbić robota. Tylko co nam z tego przyjdzie? Wiem, że są ludzie, którym marzy się tzw. unplugged world w kontrze do radykalnych zmian, które następują, ale…

…mówi się, ze kiedyś i tak wszyscy wylądujemy w chmurze…

No właśnie. Wszystkie dane o nas, wszystkie parametry, cała sfera zarządzania Internetem Rzeczy, sterownikami, czujnikami, cały zbiór Big Data – to wszystko wyląduje docelowo w wirtualnej chmurze. A przecież chmury również nie da się zbić kijem, prawda?

Chmura, boty, sztuczna inteligencja, wirtualna rzeczywistość. Kto się w tym połapie? Chyba już tylko generacja Z. Zabawmy się w wróżbitów: co nas czeka wkrótce na rynku pracy?

Zastępowanie kolejnych grup zawodowych maszynami i wypieranie człowieka z procesu wytwarzania produktu. Plus równoległy proces demobilizowania pracowników o niższych kwalifikacjach i przekwalifikowanie ich wyłącznie do asysty maszynie czy prac serwisowych.

Czyli nie tylko wirtualni asystenci będą pomagać nam w codziennych punktach programu, ale też my będziemy asystować maszynom?

Przynajmniej na początkowym etapie ktoś musi je monitorować. W perspektywie kilkunastu lat nowe miejsca pracy będą powstawać w celu współpracy z maszynami. Kwestia, kto się załapie na ten nowy model pracy. Owszem, zawód informatyka czy programisty oceniany jest teraz, w roku 2017, jako prestiżowy. Ale z czasem przecież się upowszechni i będzie podlegał normalnym prawom dystrybucji. Specjalistów od programowania będą miliony. I co wtedy?

Czyli zmiana nie odbędzie się bez tarć.

Jak każda zmiana. Sporo mówi się o gospodarce 4.0, czyli kolejnej odsłonie rewolucji przemysłowej: od maszyn parowych, poprzez produkcję masową, aż do automatyzacji. Albo inaczej: agricultural era, industrial era, information era, and… Każda z tych zmian przynosi wiele pozytywów, jak i niesie ze sobą zagrożenia i patologie. Nie ma rewolucji bez ofiar, a rolą światowych regulatorów jest zadbać o to, aby lądowanie odbyło się na miękkiej poduszce. Modne są obecnie koncepcje np. ustalanego odgórnie przez państwo dochodu gwarantowanego dla pracowników, ale to też nie taka łatwa sprawa. Rozmawia się o tym w Finlandii, pilotaż wprowadzają Szwajcarzy, ale nie ma wątpliwości, że na dyskusje tego typu mogą sobie pozwolić tylko kraje bardzo zasobne. Inna kwestią jest to, że prawo przestało już dawno nadążać za gwałtownym rozwojem technologii. Przykładem toczące się dyskusje o prawnych zawiłościach biznesów typu Airbnb czy Uber.

Uber czy Airbnb pokazują wprost, że nie tylko ustawodawstwo pozostaje w tyle, nie potrafiąc uchwycić zachodzących zmian, ale też klasyczne korporacje, brandy, a także sektory znanych od wieków usług mają się czego bać. Nadchodzi nowe, innowacyjne, biegłe technologicznie, trudne do zdefiniowania, przyjazne użytkownikom, sprawiające, że świat staje się lepszy, świetne PR-owo…

…i na dodatek wyuczone tego, czego powinno się unikać. Niepowtarzające błędów klasycznych biznesów, odchodzące od sztywnego modelu korporacji. Ludzie sterujący tymi biznesami wiedzą, jak nawigować we współczesnych czasach. Jak wykorzystywać np. strategie lean w zarządzaniu, optymalizacji kosztów, personalizacji produktu czy oferty.

Lean. Właśnie.

Teraz wszyscy, łącznie z amerykańskim rządem, chcą być „lean”. O tyle to ciekawa ścieżka, że w pewnym sensie integrująca te pozytywne parametry, do których przyzwyczaiły nas start-upy, z bardziej „twardym” zarządzaniem wywiedzionym z korporacji. A to, że tradycyjne korporacje rdzewieją i murszeją – to wie każdy. Ale też i czas rewolucyjnych start-upów wydaje się już nieco przebrzmiały. Nawet nie chodzi o to, ile start-upów spala się już na starcie, ale o ich późniejsze problemy z nawigacją w inwestorskich realiach i rozpychaniem się na rynku.

Wyczuwasz trend na zniechęcanie do zakładania start-upów?

Tak. Czas start-upów się kończy. A na pewno potrzebna jest mocna rewizja, rekonstrukcja tego pojęcia. Dziś najbardziej prężne organizacje mają inny pomysł na działanie. Próbują łączyć kilka różnych modeli w jeden. Podoba się im świeżość innowatorów, ale jest im też blisko do przekonania, że w tym zachwycie nad start-upami doszliśmy do ściany. Nie da się ze wszystkiego zrobić start-upu, i w sensie ekonomicznym i realistycznym.

Podajesz przykład piekarni, którą ktoś ochrzcił mianem start-upu…

Tak, to krańcowy przykład. I dowód na ewolucję pojęcia w kierunku utraty jego pierwotnego znaczenia. Dlatego w rozmowach o kierunku, w jakim zmierzają globalne organizacje, wolę używać słowa „platforma”.

Platformy receptą na prowadzenie biznesu przez największych?

Google jest ogromną korporacją, a zrobiło Alphabet – wzorcową platformę do działania w ramach i na styku wielu google’owskich spółek. I wygrywają tym jak na razie, bo dzięki platformie nie tylko integrują to, co wcześniej wypracowali najlepszego, ale i generują masę interakcji między poszczególnymi produktami, ofertami, odzewem użytkowników. Platformę rozumie się tu jako sposób rozwiązania wielu narosłych problemów i uspokojenia przegrzanych kanałów, a jednocześnie coś, co nadal podąża tropem optymalizacji kosztów. W tym sensie to nadal myślenie lean.

Chyba bliższe jest mi pojęcie „hybryda”. Hybryda korpo z start-upem, klasycznego biura z home office, rynku pracy dla ludzi z obszarem zagarniętym przez maszyny. Pasuje mi to słowo niemal wszędzie.

Hybryda to bardzo trafne słowo. Żyjemy w czasach hybryd i myślę, że szybko z nich nie wyjdziemy.

Nasuwa się tu też modne pojęcie „agile”…

Absolutnie tak. Agile jako sposób pracy, lean jako model myślenia, a platforma jako coś, co integruje wszystkie ścieżki, jakimi kroczymy. Moim zdaniem platformy już zdobyły wyraźną popularność, ale w przyszłości powinny stać się dominującym modelem działania. Obliczone na konkretny projekt agile może tu tylko pomóc.

Podobnie jak platforma, agile zakłada też efemeryczność, działanie stricte pod projekt…

…umiejętności, czy może raczej – używając metafory z gier – skille mierzone pod projekt, oddźwięk na projekt, sposób interakcji.

…ale też to wszystko, co zmienia się w korporacjach. Obserwujemy celowe zachwianie hierarchią firm, inwestowanie w laby i nieco freestyleowe zespoły agile do dźgania sztywnych struktur od wewnątrz. Niemiecki moloch Deutsche Telekom prowadzi w Krakowie, Tel Awiwie i Berlinie trzy coworkingowe przestrzenie pod nazwą Hubraum. Dzięki zapraszanym tam młodym specjalistom dostarczają co roku nowe pomysły i idee dla centrali w Bonn. Takie inkubatory, akceleratory świeżej technologicznej krwi oferują nie tylko wsparcie w finansowaniu czy zapewnienie przestrzeni do pracy i porad mentorów oraz ekspertów, ale też umożliwiają dostęp do zasobów firmy: bazy klientów, usług technicznych czy infrastruktury.

Tak jak wspominaliśmy: trudno jest już być tradycyjną korporacją, ale coraz mniej sexy jest zakładać start-up. To się dzieje na naszych oczach. Globalny trend.

Ok, ale tego typu laby to nowe implanty w strukturze firm. Czyli: wygrywają ci, którzy swoje molochy potrafią pchnąć na nowe ścieżki. Przegrywają ci, którzy okopują się na swych pozycjach i ostrzeliwują się wzajemnie.

Popatrz, operujemy w bardzo ciekawym momencie przesunięcia ruchów tektonicznych w rozmaitych biznesach. Platforma będzie dominująca – czy tego chcemy, czy nie chcemy. Następuje globalna zmiana paradygmatu, która oczywiście wywoła masę społecznych niepokojów związanych z utratą bezpieczeństwa pracy, zagadnieniem zdobycia nowych kompetencji itd. Ale to się stanie, bo musi się stać, zwłaszcza że model platformowy czy – jak wolisz – hybrydowy, jest tańszy w realizacji. Może też wykorzystywać technologie, przekwalifikowywać ludzi. Czyli wszystko to, o czym wspominaliśmy wcześniej.

No tak, nie marnuje się ludzi na niepotrzebnych stanowiskach, z drugiej strony nie przepala się milionów na zbyt radykalnie pomyślane ryzyko. Dochodzi też kwestia bardziej elastycznego podejścia do współpracy z uczelniami, wychowania i kształcenia nowych kadr.

Obserwuję to na co dzień, pracując w MIT w Bostonie (Massachusetts Institute of Technology – przyp. red.). Na kampusie uczelni bardzo często pojawiają się z rozmaitymi ofertami przyszli pracodawcy, np. Microsoft. W bardzo interesujący sposób penetrują strukturę tej uczelni i z wybranymi osobami podejmują współpracę już na studiach. Z reguły są to właśnie zespoły badawczo-rozwojowe, ale już nie pod auspicjami uczelni (choć MIT z tego słynie), ale konkretnych firm. W tradycyjnej korporacji tak wykształceni i inspirujący ludzie zostaliby bardzo szybko wchłonięci przez duszne struktury, a tak daje się im przestrzeń do działania i kombinowania. Czyli mówi się im: mamy bazę, środki finansowe, stabilną pozycję, ale chcemy się zmieniać i przygotować na nowe czasy. Powiedzcie nam, jak mamy to robić.

Nowe czasy… Za każdym razem, kiedy śledząc przemiany społeczno-kulturowe różnych epok trafiam na hasło o „nowych czasach”, uśmiecham się pod nosem. Każda generacja sądzi, że z tą następującą po niej nadejdą właśnie „nowe czasy” i zmienią w ich codziennej egzystencji niemal wszystko. Już nic nie będzie takie samo, tak jak kiedyś wynaleziono druk, kiedy indziej maszynę parową, radio, telewizor, a w 2007 roku iPhone’a. Teraz jednak, w dobie tak galopujących zmian w technologiach, wydaje się, że rzeczywiście idą „nowe czasy”.

Nie ma odwrotu. Jesteśmy pierwszą w historii świata generacją digital natives. Z wszelkimi tego konsekwencjami.

 

Rozmawiał: Rafał Romanowski

dr Aleksandra Przegalińska, badaczka rozwoju nowych technologii, zwłaszcza technologii zielonej i zrównoważonej, humanoidalnej sztucznej inteligencji, robotów społecznych i technologii ubieralnych, filozofka. Doktoryzowała się w Zakładzie Filozofii Kultury Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego w roku 2014 rozprawą „Fenomenologia istot wirtualnych”. Obecnie adiunkt w Center for Research on Organizations and Workplaces w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie oraz visiting scholar w Massachusetts Institute of Technology w Bostonie, w MIT Center for Collective Intelligence.

Rafał Romanowski

Dziennikarz, publicysta, podróżnik, wykładowca i szkoleniowiec w jednym. Pisze głównie dla „Gazety Wyborczej” o polityce, nowych trendach, social media, lotnictwie, różnych krajach globu. Wykłada dziennikarstwo na Wydziale Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego i w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera. Podróżował m.in. przez: Malezję, Sri Lankę, Namibię, Tajlandię, Syrię, Chiny, Liban. Współautor dwóch książek o Krakowie oraz bloga Miastaiuczucia.pl. Aktywny na Twitterze jako @FkrutceCom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Komentarze

JacekMar ( 2017-08-09 20:41:32 )

Mam mieszane uczucia.. ale artykuł bardzo dobry! http://3wymiarowy.pl