Na łowach w cudzym ogrodzie

Konkurencja na rynku pracy wydaje się ogromna? Jeśli jesteś łakomym kąskiem, to pracodawcy będą bić się o ciebie. Czasem mało honorowo.

 

„Jeśli jesteś informatykiem – dostaniesz świetną pracę! Jeśli znasz dobrego informatyka – za polecenie go zapłacimy ci cztery tysiące złotych. Jeśli kompletnie nie rozumiesz, o czym mowa – po prostu zjedz nasze pączki” – taką wiadomość znaleźli pewnego dnia informatycy w rozdawanych przed krakowskimi biurowcami pudełkach z pączkami. Te słodkie prezenty były w rzeczywistości ofertami pracy rosyjskiej firmy Luxoft otwierającej w Krakowie swój pierwszy oddział. Niewiele komukolwiek mówiąca korporacja musiała w krótkim czasie zatrudnić około 200 specjalistów IT. Budowanie tak dużej kadry tylko ze świeżutkich absolwentów albo osób, które właśnie straciły lub chcą zmienić pracę, byłoby niezwykle trudne. Poza tym ci najlepsi aktualnie byli zatrudnieni już gdzie indziej. I to właśnie o nich zawalczył Luxoft swoją kampanią rekrutacyjną prowadzoną przed budynkami konkurencyjnych firm. – Akcja okazała się skuteczna – wspomina Anna Kosińska, Poland Marketing Manager w Luxoft, w wywiadzie dla Goldenline.pl. Jej firma błyskawicznie otrzymała 41 referencji.

 

Praca szuka człowieka

 

Chociaż stopa bezrobocia w Polsce utrzymuje się ciągle na poziomie kilkunastu procent, to powyższy przykład pokazuje, że miejsca pracy, owszem, są, ale nie każdy się na nie nadaje. Firmy, chcąc zapewnić swoim klientom najwyższą jakość usług i produktów, potrzebują wykwalifikowanej kadry. A znalezienie takiej wcale nie jest łatwe. – Żyjemy w czasach pracownika. Specjaliści nie szukają pracy, ale praca szuka ich – ocenia Karolina Giza z Antal International. W raporcie „Niedobór Talentów” z 2014 roku opublikowanym przez ManpowerGroup czytamy, że na całym świecie średnio 36 proc. pracodawców deklaruje problem ze znalezieniem kandydata o odpowiednich kompetencjach. W Polsce z tymi trudnościami boryka się aż 33 proc. firm, co plasuje nasz kraj na piątym miejscu wśród krajów europejskich. Przed nami są Węgry, Grecja, Rumunia oraz Niemcy, natomiast zestawienie zamyka Holandia z 5 proc. „brakujących talentów” oraz Irlandia, gdzie ten współczynnik wynosi zaledwie 2 proc. Wśród dziesięciu zawodów cierpiących na największy niedobór wykwalifikowanej kadry znajdują się m.in.: pracownicy księgowości i finansów, pracownicy działów IT, menedżerowie sprzedaży oraz kadra najwyższego szczebla. Do zapełnienia wakatów nie wystarczą więc ogłoszenia zamieszczane w mediach czy na portalach internetowych. By dotrzeć do osób o pożądanym przez firmę profilu i doświadczeniu, HR--owcy muszą uciekać się do alternatywnych metod działania. Nie zawsze fair...

 

Kradzione nie tuczy

 

Gdzie szukać odpowiednich kandydatów? Najlepiej u konkurencji. Ona poprzez programy szkoleniowe, a przede wszystkim zlecane każdego dnia zadania, zdążyła sobie wyhodować całkiem niezłych specjalistów. Oprócz zdobytych u rywala umiejętności taki pracownik może wnieść do zespołu know-how opuszczonej właśnie firmy, jej pilnie strzeżone tajemnice, bazy klientów, a także rozwiązania, które są dopiero w fazie rozwoju… No i najważniejsze – każdy dobry pracownik, który przeszedł do naszej firmy od konkurencji, oznacza jednego mniej dobrego pracownika u rywala. Nie ma więc prostszej drogi do osłabienia przeciwnej drużyny. Podbieranie sobie pracowników zyskało już swoją własną nazwę „employee poaching”, czyli w tłumaczeniu na język polski: „kłusownictwo pracownicze”. Termin ten niesie ze sobą negatywne konotacje i przez wielu uważany jest za przejaw nieuczciwej konkurencji. Krytycy takich metod powołują się na art. 12 pkt. 1 u.z.n.k., który mówi o „nakłanianiu osoby świadczącej na rzecz przedsiębiorcy pracę, na podstawie stosunku pracy lub innego stosunku prawnego, do niewykonania lub nienależytego wykonania obowiązków pracowniczych albo innych obowiązków umownych, w celu przysporzenia korzyści sobie lub osobom trzecim albo szkodzenia przedsiębiorcy”. Czy jednak przedstawienie kandydatowi lepszej oferty jest nakłanianiem? Czy może wręcz przeciwnie – umożliwianiem wolnej konkurencji na rynku pracy? Wszystko zależy od punktu widzenia i siedzenia, sposobu „przejęcia” danej osoby, a także korzyści, jakie ma z tego nowy pracodawca, i szkód, które ponosi stary. To właśnie trzeba udokumentować, gdyby chciało się otrzymać sądownie odszkodowanie za ukradzionego pracownika. A znalezienie dowodów nie jest proste. Zbliżonym pojęciem jest „headhunting”, czyli „łowienie głów”. Od employee poaching, przynajmniej w teorii, różni się tym, że jego celem nie jest działania na szkodę konkurenta, ale zapewnienie swojej firmie wykwalifikowanej kadry. Headhunting jest działaniem tajnym, prowadzonym zazwyczaj w przypadku chęci obsadzenia wysokich stanowisk w firmie. Czasami wymagania są wyśrubowane. W rozmowie z „Forbes” Lucyna Pleśniar z firmy People, zajmującej się doradztwem personalnym, wspomina, że kiedyś zlecono im zrekrutowanie pracownika na stanowisko wymagające znajomości rzadkiego systemu informatycznego. A takich specjalistów było w Polsce zaledwie trzech. Dlatego też na znalezieniu odpowiedniego kandydata przez łowców głów zabawa się nie kończy, ofiara musi zostać zastrzelona argumentami pokazującymi, że warto zmienić miejsce pracy.

 

Podbierać, tylko jak?

 

By nikt nie miał pretensji i nie zapełniał skrzynki na listy pozwami o odszkodowanie, pracowników najlepiej podkradać po kryjomu. Wspomniana na początku korporacja Luxoft jest jedną z niewielu, która pracowników próbowała przejąć jawnie i oficjalnie. Akcja z pączkami nie była bowiem jedynym sposobem na rekrutację osób wyszkolonych przez konkurencję. Podczas warszawskiej konferencji dla programistów 33rd Degree firma zorganizowała zaskakujący happening. W trakcie przerwy na lunch podstawione przez korporację osoby zaczęły śpiewać a capella muzyczne przeboje. Po zakończonym występie, który niewątpliwie zwrócił uwagę wszystkich posilających się konferencyjnym obiadem informatyków, zaproszono ich na wieczorne nieformalne spotkanie z przedstawicielami Luxoft. Specjaliści IT skorzystali z zaproszenia, dzięki czemu rosyjskiemu gigantowi udało się zdobyć ponad 400 kontaktów do potencjalnych kandydatów. Na tak ofensywne działania korporacje pozwalają sobie jednak rzadko. Zwykle, jeśli robią to „na widoku”, korzystają ze zdecydowanie łagodniejszych metod. Tak jak np. amerykański State Street, które próbowało zachęcić pracowników konkurencyjnych firm atrakcyjną lokalizacją w Krakowie. Wabikiem były plakaty z kościołem Mariackim w tle ozdobione hasłem: „Zmęczony dojazdami? Zainteresowany pracą w finansach w centrum Krakowa?”. Swoich siedzib State Street nie ma co prawda na Rynku Głównym, lecz przy Galerii Kazimierz, w biurowcach Bonarka for Business oraz przy ulicy Armii Krajowej, ale i tak ma budynki bliżej centrum niż położony w podkrakowskim Zabierzowie Kraków Business Park, gdzie swoje oddziały ulokowało wiele konkurencyjnych korporacji. To zapewne pracownicy tych firm zmęczyli się już codziennymi dojazdami...

Załóż profil i czekaj

 

Zazwyczaj ci, którzy za chwilę zostaną zaproszeni do zapuszczenia korzeni w konkurencyjnej firmie, nowej pracy w ogóle nie szukają. Według raportu „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” przygotowanego w czerwcu 2014 roku przez Antal International, spośród 22 proc. specjalistów i menadżerów, którzy nie rozglądają się za zmianami, aż 86 proc. jest gotowa rozważyć ofertę etatu w innej firmie przedstawioną im bezpośrednioprzez rekrutera. Natomiast 51 proc. specjalistów innej pracy szuka, ale biernie. Stać ich na czekanie na lepsze oferty, bowiem średnia zarobków wśród grupy, o której tu mowa, wynosi ponad 10 tys. złotych. Ci pracownicy nie wysyłają swoich CV do innych korporacji, lecz systematycznie uzupełniają ścieżkę swojej kariery w serwisach typu GoldenLine bądź LinkedIn i czekają aż HR-owcy sami ich znajdą. Z tego sposobu szukania pracownika poprzez portal GoldenLine skorzystało już ponad 6 tys. rekruterów, wysyłając w poprzednim roku około miliona ofert pracy. – Każdy ruch w tego typu serwisach jest oznaką poszukiwania pracy. Jeśli nie chcemy nic zmieniać, nie uaktualniajmy profili. Jeżeli gdzieś roi się od zmian, to sygnał dla nas – zauważa Karolina Giza z Antal International. Dodaje jednak, że czasami to brak konta w portalach jest wabikiem dla rekrutera: – W Krakowie IT jest już tak dojrzałym rynkiem, że dobry informatyk wie, że headhunter i tak do niego trafi. Nie dzięki Internetowi, ale projektom, w których bierze udział. Jeśli ktoś usunął swój profil, daje znak, że zmęczyły go już napływające propozycje współpracy. Zgodnie z raportem specjalista z działu IT otrzymuje rocznie średnio dziewięć zaproszeń do udziału w procesach rekrutacyjnych, nieco mniej, bo sześć, trafia do pracowników finansów. – Nawet ci, którzy łowią nowych pracowników wśród osób, które teoretycznie zatrudnienia nie szukają, muszą działać szybko. Odpowiedni kandydaci z branży IT mogą w tym samym czasie rozważać propozycje nawet od dwóch innych firm – dodaje Justyna Ostropolska, IT Contracting Team Manager z Antal IT Services.

 

Dasz się złowić?

 

Oczywiście nowe media nie wyrugowały bezpośrednich kontaktów. Dobrzy headhunterzy okazji do łowów szukają wszędzie: podczas wydarzeń branżowych czy spotkań w stołówkach. – Wyszłam tylko na papierosa, a zmieniło to moje życie. Wraz z zapalniczką, mężczyzna pracujący w tym samym biurowcu, lecz w innej firmie, wręczył mi wizytówkę i zachęcił do wysłania CV. Wysłałam i po kilku miesiącach do pracy przychodziłam do tego samego budynku, ale trzy piętra niżej – mówi pracowniczka jednej z krakowskich firm, która woli pozostać anonimowa. Bo o tym, że ktoś cię zwerbował, w branży raczej się nie mówi. Choć to tajemnica poliszynela, wszyscy przecież szeptają. Inna kobieta wspomina, że gdy tylko powiadomiła kolegów o zmianie pracy, rozległy się pytania: „Chciałaś odejść czy ktoś cię znalazł? Headhunter? A może mogłabyś mnie polecić?”. Propozycja etatu w konkurencyjnej firmie wiąże się z poprawą warunków pracy bądź awansem. Żaden pracownik nie porzuci swojego stanowiska dla niższej wypłaty i gorszych warunków. Jeśli firmy próbują kogoś podebrać, to oczywistym jest, że mają czym te osoby przekupić. Jeden z blogerów, w żołnierskich słowach opisując proces odejścia do innej firmy, otwarcie wspomina: „Kasą i furą skusili, ponadto grzędę wyżej umieścili w porządku dziobania...”.

 

Po siódme, nie kradnij

 

Podbieranie pracowników nie zawsze opłaca się pracodawcom. Przestrzeganie siódmego przykazania wymogli na sobie prezesi największych światowych korporacji. Wiadomo bowiem, że jednym z czynników, które decydują o zmianie firmy, jest wysokość wypłaty. A nieustanne prześciganie się w oferowanym wynagrodzeniu niekoniecznie opłaca się wielkim korporacjom. Poza tym, zwabieni wyższymi zarobkami pracownicy mogą odejść w trakcie pracy nad projektem, co destabilizuje działanie całego zespołu. Przede wszystkim jednak dobrze poinformowany pracownik może zdradzić konkurencji firmowe tajemnice. W 2010 roku do sądu w San José trafił pozew cywilny przeciwko gigantom na rynku IT, takim jak: Google, Apple, Intel czy Adobe. Z ujawnionej korespondencji między szefami firm wynika, że zawarli oni między sobą tajną niepisaną umowę o niewykradaniu sobie pracowników. Podobno sam Steve Jobs w mailach straszył Sergieja Brina, twórcę Google, że zabranie mu jeszcze dosłownie jednego specjalisty będzie oznaczało wojnę. Tym samym pracownicy zostali pozbawieni możliwości zawodowego rozwoju, a także konkurencyjnej wysokości wypłaty. Szybko okazało się, że podobne praktyki prowadzone były nie tylko między wielkimi spółkami, a umowy zawierane były także z mniejszymi firmami. W sumie w pozwie złożonym do sądu domagano się odszkodowania dla pokrzywdzonych pracowników na kwotę nawet 3 mln dolarów.

 

Brać, nie brać?

 

Spór o etyczność employee poachingu i headhuntingu istnieje, odkąd na korporacyjnym rynku pojawiła się konkurencja. Jedni uważają, że to najlepsze metody na pozyskanie wykwalifikowanej kadry, inni zaznaczają, że to zawsze działanie ze szkodą dla rywala. – Polski rynek jak dotąd jest grzeczny pod tym względem. Zupełnie inaczej jest w Indiach, bo tam nie znają pojęcia „okres wypowiedzenia”. W Europie natomiast najbardziej drapieżna jest Wielka Brytania, gdzie konkurencja jest naprawdę spora – mówi nam specjalista HR jednej z warszawskich agencji. Co jednak zrobić, gdy łowca głów zadzwoni lub napisze właśnie do ciebie? Na początku pozwól przedstawić sobie ofertę, nigdy nie wiesz przecież, czy to jajko z niespodzianką, czy kot w worku. Potem dokładnie rozważ za i przeciw: wysokość zarobków, strukturę korporacji i perspektywy rozwoju kariery, godziny pracy, lokalizację czy dodatkowe benefity. Nowe stanowisko w pierwszej chwili kusi, jednak za jakiś czas może okazać się, że nie jest tak kolorowo, a do opuszczonej firmy powrotu nie ma. I nie będzie.



Dagmara Marcinek







Zapisz się do naszego newslettera




©2015 What's Up Magazine - wszelkie prawa zastrzeżone

What's Up?

Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco.