Zielonym do Góry

Co oznacza sezonowość w restauracji? Czy kuchnia polska musi koniecznie być sprowadzana do schabowego? A może da się wymyślić ją na nowo, nie uciekając się do minimalistycznego podejścia drogich restauracji? Zielonym do Góry to z pewnością jedna z ciekawszych nowych restauracji w Krakowie.

 

Nowoczesne, proste, wykończone drewnem wnętrze w nowym budynku przy ul. Lwowskiej 1 udomawiają liczne rośliny, które wybuchają zielenią na jednej ze ścian i w mikroogródku z ziołami. Za oknami, a właściwie szklaną ścianą, przejeżdżają samochody i tramwaje, po pl. Bohaterów Getta błąkają się turyści. Ale tym razem warto przyglądać się temu, co dzieje się we wnętrzu restauracji. Dzięki otwartej kuchni możemy obserwować pracę załogi pod sterami szefa kuchni Jana Nawrockiego.

 

Kwiecień to jeden z najtrudniejszych miesięcy. Szczególnie, gdy chce się podawać sezonową kuchnię. Prawdziwie sezonową, czyli bez skrótów i kombinowania w postaci holenderskich nowalijek. Dlatego już od wejścia widać, że ta, przednówkowa jeszcze, odsłona karty (zmienianej tu cztery razy w roku) skupia się na kiszonkach. Wypełnione warzywami słoje nie są jedynie ozdobą i elementem wyposażenia wnętrza (jak to bywa w innych miejscach), a kiszonki stają się bohaterkami kilku potraw. Spróbujcie koniecznie placków pakora z kiszoną cukinią i oryginalnie podanym musem z makreli (15 zł) czy kwaśnicy przyrządzanej tu na czerwonej kapuście (9 zł). Albo zupy z owocami morza z dodatkiem pikantnego kimchi (15 zł).

 

Mięsożercy, nie dajcie się zwieść nazwie restauracji! Warzywa są tu ważne, co bardzo mnie cieszy, bo dość mam miejsc, w których rośliny na talerzu są jedynie wypełniaczem lub/i dekoracją. W Zielonym do Góry mięso nadal gra ważną rolę. Będziecie zadowoleni, sięgając po golonkę z indyka podaną z kaszą gryczaną, musem jabłkowym i duszoną w piwie cebulą (24 zł) czy antrykot podany z ciekawym curry z czerwonej kapusty (29 zł). Ci, którzy wolą ryby, mogą wybierać pomiędzy pstrągiem, sandaczem i dorszem. I dobrać do nich wina z karty przygotowanej przez Mikołaja Makłowicza. Lub zamówić koktajl, np. pickled pear na bazie wódki, cytryny, imbiru i gruszki (16 zł).

 

Najbardziej cieszy mnie w tym miejscu to, że próbując kolejnych dań z karty, czuję, że wszystkie zostały przygotowane uczciwie: od początku – czyli od surowego, nieprzetworzonego produktu. Bez pośpiechu, zbędnych technik. Widać, że ludzie, którzy stworzyli to miejsce, szukają własnej drogi do tego, by pokazać, co można zrobić z polskich sezonowych produktów. A te zdecydowanie przeważają w proponowanych przez Zielonym do Góry daniach.

 

Spędzić tu można właściwie cały dzień. Na śniadanie (godz. 7-12) miejsce proponuje kanapki na świetnym pieczywie domowego wypieku, zapiekanki, zestawy z jajkiem i frankfurterkami bądź (świetną zresztą) szakszuką i chorizo. Do tego tosty na słodko i słono, jajecznica, omlet i pankejki… Ceny za tę rozpustę na początek dnia są bardzo miłe dla portfela (12-19 zł, w tym kawa lub herbata).

 

W porze lunchowej (pn.-pt., godz. 12-16) zjeść tu można solidny trzydaniowy posiłek za 25 zł. Nie zapomniano o dzieciach, które nie są skazane na nieśmiertelny zestaw z frytkami, ale zostaną potraktowane jak inni goście – karta dla najmłodszych liczy siedem pozycji i daleko jej do nudy (spaghetti z warzyw w sosie pomidorowym z filetem z pstrąga, racuchy z dyni z lodami waniliowymi).

 

Na deser zostawiamy sobie słodkości. Zjadłam tylko dwa spośród nich. Są pyszne! Zachwycający crème brûlée z kaszy jaglanej, wspaniałe ciasto z buraka podane z lodami z kiszonej gruszki i lodami z maślanki powodują, że nie raz jeszcze zobaczycie mnie w Zielonym do Góry!



Magda Wójcik







Zapisz się do naszego newslettera




©2015 What's Up Magazine - wszelkie prawa zastrzeżone

What's Up?

Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco.