Dziwne przypadki litografii

Choć sztuka litografii wydaje się już nieco przestarzała – wszak liczy sobie już 219 lat! – są pasjonaci, którzy nie rezygnują z jej kultywowania. Nawet jeśli wymaga to specjalnych kamieni sprowadzanych z Bawarii oraz prasy litograficznej o wadze przeszło czterystu kilogramów.

 

Do tego, że litografia ma się dobrze ponad dwa wieki po jej wynalezieniu przez Alojzego Senefeldera, przekonuje mnie Justyna Mazur, założycielka „Litografu” w krakowskim Tytano. Kompleks przy Dolnych Młynów, znany do tej pory z klubów, restauracji oraz centrum mody i dizajnu, wzbogacił się od początku roku o pracownię artystyczną związaną właśnie z tym typem druku.

 

– Odkrycie litografii to w zasadzie przypadek. Młody niemiecki artysta zauważył, że tekst zapisany farbą drukarską na pochodzącym z Bawarii łupku wapiennym nie wchłania wody, dzięki czemu można go odbić na dowolnym materiale „na płasko”, z wykorzystaniem prostych procesów chemicznych – tłumaczy Justyna. Senefelder nie przypuszczał, że wynaleziona przez niego technika stanie się matką (czy raczej babcią) popularnego do dziś druku offsetowego, a w ciągu dwustu lat korzystać z niej będą najwięksi artyści: Picasso, Delacroix, Toulouse-Lautrec czy Munch, a w Polsce – Wyspiański i Wyczółkowski.

 

Z Justyną Mazur spotykam się w pracowni, którą niełatwo znaleźć – miejsce jest oddalone od głównego placu Tytano. Drobna dziewczyna w rudym fartuchu akurat zapala świeczki, bo – jak mi tłumaczy – ogień daje energię i tworzy atmosferę, która w litografii jest bardzo ważna. Zanim zdecydowała się założyć swoją pracownię, skończyła edukację artystyczną na Uniwersytecie Pedagogicznym i pracowała jako asystent na uczelni, jednak – ze względu na „brak przyszłości” techniki, którą się zajmowała – musiała szukać drogi innej niż naukowa. Działania edukacyjne podejmuje nadal, współpracując z krakowskimi muzeami i teatrami.

 

– Jestem człowiekiem, który przyciąga dziwne przypadki – śmieje się Justyna Mazur. – Prasę litograficzną znalazłam w piwnicy u koleżanki niedługo potem, jak zdradziłam swój pomysł założenia takiej pracowni. Podobnym przypadkiem są te kamienie – właścicielka „Litografu” wskazuje na mniejsze i większe bloki, porozkładane w całej pracowni. – Kilkakrotnie jeździłam do kamieniołomu w Bawarii, gdzie wydobywa się łupek, a jego pracownicy przekazali kontakt do mnie człowiekowi, który poszukiwał litografa w Polsce – w taki sposób stałam się posiadaczką około 60 kamieni litograficznych z zadaniem ich oszlifowania i przygotowania druków artystycznych – opowiada.

 

Litografia wymaga nie lada wysiłku. Grube kamienie z łupku wapiennego ważą kilkanaście kilogramów, ich szlifowanie jest ciężką fizyczną pracą. Dopiero „produkcja” odbitek na specjalnej prasie litograficznej to zadanie przyjemne, choć angażujące – o czym miałem okazję przekonać się osobiście, drukując własną poszewkę na poduszkę.

 

Bo „Litograf” to nie tylko działalność artystyczna, miejsce dla wizyt artystów ze świata, ale także – a może przede wszystkim – warsztaty dla dzieci i dorosłych, podczas których można stworzyć własne litograficzne dzieło. Mnie zajęło to ledwie godzinę (z przerwą na zieloną herbatę), ale cały proces, z obszernymi wyjaśnieniami Justyny, trwa dużo dłużej. Każdy uczestnik ma możliwość samodzielnej pracy warsztatowej, począwszy od przygotowania matrycy za pomocą piasku szlifierskiego, przez zatłuszczanie kamienia (wygląda jak zwykłe rysowanie na papierze) i przeprowadzenie procesów chemicznych (trawienie za pomocą gumy arabskiej i kwasu azotowego), aż po drukowanie i sygnowanie odbitek.

 

– To o tyle ciekawe, że drukować można na wszystkim: na papierze, tkaninie, a nawet na szkle i porcelanie, choć tego jeszcze w „Litografie” nie robimy – zdradza Justyna Mazur. – Dzięki technice transferu w litografii można drukować nawet zwykłe zdjęcia zrobione przez telefon komórkowy, a łączenie ich z innymi tłami daje naprawdę ciekawe efekty.

 

Kiedy bierzemy się do pracy, czuję się, jakbym wrócił do zajęć plastycznych z podstawówki – dostaję fartuch i gumowe rękawiczki, a Justyna cierpliwie tłumaczy, w jaki sposób nabierać farbę drukarską na wałek, jak przenosić ją na wapienny blok i skąd bierze się „litograficzna magia”, kiedy zmyty chwilę wcześniej obraz nagle pojawia się na kamieniu. Kiedy wszystko jest już gotowe, dociskam prasę do naszykowanego materiału i przesuwam za pomocą specjalnej wajchy. I proszę – na poszewce pojawia się groźny niedźwiedź, który zamieszka na mojej kanapie.

 

– Niebawem będziemy drukować Muminki z kamienia z 1960 roku, później różnokolorowe pawie pióra… Pomysłów na pewno nie zabraknie, więc każdy zainteresowany sztuką znajdzie tu coś dla siebie – zaprasza Justyna. A oderwanie się od komputerów i drukarek może być dla wielu osób – tak jak dla mnie – doświadczeniem oczyszczającym (choć nieco brudzącym).

 

 


Piotrek Banasik







Zapisz się do naszego newslettera




©2015 What's Up Magazine - wszelkie prawa zastrzeżone

What's Up?

Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco.