Gaz w podłodze i do przodu

Niewiele jest miejsc, w których możesz jednocześnie spędzić czas z rodziną, dobrze się bawić, poczuć dawkę emocji i zadbać o karierę własnego dziecka. Połączenie tych czynników spotyka się jednak na torze kartingowym – gokarty to nie tylko świetna rozrywka dla młodych i starszych, ale także szansa na międzynarodowe sukcesy.

Udowadnia to historia Roberta Kubicy, który swoją wyścigową karierę rozpoczynał na krakowskim torze Motodrom przy ul. Św. Wawrzyńca 15 (dziś jego miejsce zajmuje Muzeum Inżynierii Miejskiej). Krakowski kierowca – zanim przebojem wdarł się na tory Formuły 1 – już jako sześciolatek siadał za kierownicą gokartów, żeby zdobywać pierwsze wyścigowe szlify. Takich karier jest zresztą dużo więcej – dość wymienić Ayrtona Sennę, Michaela Schumachera czy Lewisa Hamiltona.

Tym, którzy jednak nie ścigają się na co dzień na profesjonalnych torach, gokarty mogą przynieść dawkę emocji porównywalną z F1. No, może ciut mniejszą i wolniejszą – niewielkie bolidy ważą nieco ponad 100 kilogramów i osiągają prędkość nawet około 85 km/h przy silnikach o mocy 9 KM (a w profesjonalnych zawodach sporo więcej). Brak mechanizmu różnicowego, który odpowiada za zwalnianie kół w czasie skrętu, sprawia, że jazda na gokartach wymaga nie tylko refleksu i odwagi, ale także sporo siły fizycznej.

Na torze gokartowym. (fot. P. Banasik / What’s Up)

– Jeśli na torze gokartowym pojawiamy się tylko raz na jakiś czas, to po kilkunastu minutach jazdy można odczuć prawdziwe zmęczenie, porównywalne do tego, jakie pojawia się na ściance wspinaczkowej – tłumaczy Artur Turkowski, instruktor gokartowy i fan motoryzacji. – Jeśli dołożymy do tego adrenalinę i rywalizację, okaże się, że półgodzinny trening może być naprawdę wyczerpujący.

Polskie tradycje gokartowe sięgają lat 60. ubiegłego stulecia, a pierwsze zawody odbywały się na torze w Częstochowie. Tam też na początku lat 90. swoje triumfy święcił Robert Kubica – sport był jednak dość mało popularny i szybko okazało się, że dalszy rozwój wymaga emigracji do kolebki kartingu, czyli Włoch. Od tego czasu karting spopularyzował się na tyle, że czasami trudno o miejsce na torze.

Tych w Krakowie i okolicach jest pięć – różnią się układem toru, wyposażeniem, cenami i udogodnieniami dla klientów. Każdy z nich oferuje profesjonalną kartę kierowcy, statystyki jazdy w poszczególnych wyścigach (także dostępne on-line), możliwość organizacji zawodów i imprez zamkniętych. Te ostatnie zdarzają się najczęściej. – Gokarty to świetna opcja na rozpoczęcie imprezy firmowej czy spotkania z przyjaciółmi – zachwala Artur Turkowski. Wprawdzie wśród ryku silników, który słychać spod kasku, raczej nie da się porozmawiać, ale wspólne omawianie szczegółów jazdy i techniki pokonywania zakrętów może trwać jeszcze długo po skończonym wyścigu.

A technika jest niezwykle istotna. – Nie wystarczy wdepnąć gaz w podłogę, bo na pierwszym nawrocie wbijesz się w bandę – tłumaczy instruktor. – Liczy się także technika: wybrana linia jazdy, sposób pokonywania zakrętów, a także spryt i odwaga, kiedy trzeba kogoś wyprzedzić. Pewną przewagę mają osoby lżejsze, bo na trudnych technicznie torach łatwiej im się rozpędzić – często zdarza się więc, że panie osiągają lepsze rezultaty niż napompowani testosteronem panowie, traktujący wyścigi bardzo prestiżowo i poważnie.

Na torze gokartowym. (fot. P. Banasik / What’s Up)

Najkrótszy przejazd trwa – w zależności od toru – od 8 do 10 minut, w trakcie których można wykonać około 20 okrążeń: pozwala to na zapoznanie się z trasą i zachowaniem gokarta, daje możliwość wyczucia zakrętów (i kilkukrotnego wbicia się w bandy – uwaga, żebra mogą boleć!) oraz ustalenia optymalnego toru jazdy. Później zwykle odbywają się kwalifikacje, po których zawodnik z najlepszym czasem jednego kółka osiąga pole position, z którego startuje do wyścigu. Nagrodą za zwycięstwo jest nie tylko pierwsze miejsce na podium, ale także puchar i szampan (odradzamy jednak polewanie wszystkiego wokół…).

Dzieci wprawdzie szampana nie wypiją, ale skoro niewielka masa daje przewagę, to są na uprzywilejowanej pozycji. Dla własnego bezpieczeństwa jeżdżą kartami o mniejszej mocy i ograniczonej prędkości maksymalnej (do 30 km/h), a ich bolidy są dostosowane nawet dla czterolatków – wystarczy, żeby sięgały stopami do pedałów gazu i hamulca, i start do wielkiej kariery zapewniony.

– Zawsze łatwiej przekonać żonę, że dbamy o przyszłość naszej pociechy, niż tłumaczyć, że kolejny raz chcemy się pościgać z kolegami – śmieje się Artur Turkowski. – Bo tego, że kto raz wsiadł do karta, będzie chciał do niego wracać, można być pewnym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *