Curling w Krakowskim Klubie Curlingowym. (fot. P. Banasik)

Czajnikiem po lodzie

Kiedy piszę te słowa, jest już pewne, że nie zdobędziemy medalu w curlingu na igrzyskach olimpijskich, choć impreza w Pjongczangu jeszcze się nie rozpoczęła – naszej drużyny po prostu tam nie ma. W Krakowskim Klubie Curlingowym przekonują jednak, że to tylko kwestia czasu – polscy curlerzy są coraz bliżej światowej czołówki, a popularność tej dyscypliny wzrasta. Sprawdzamy, gdzie puścić kamień po lodzie i ślizgać się przed nim ze szczotką, jakkolwiek dziwnie to brzmi…

Curling w Krakowskim Klubie Curlingowym. (fot. P. Banasik)

Żeby grać w curling, trzeba mieć przede wszystkim sporą dawkę animuszu i samozaparcia. Kiedy wchodzę na lodowisko, jest wczesny sobotni ranek, za oknami jeszcze ciemno. Mimo to na lodzie jest już kilkanaście osób, płynnym ruchem trenujących siłę odbicia, która pozwoli nadać kamieniowi należytą prędkość. W hali Cracovii panuje raczej oniryczno-towarzyski klimat, choć to przecież dyscyplina olimpijska. – Lodowisko jest dla nas dostępne raczej w dość nietypowych porach – tłumaczy Karol Nowakowski, prezes Krakowskiego Klubu Curlingowego. – Dziś zaczęliśmy o godz. 6.30, bo o ósmej jest mecz hokejowej ligi kobiet, później treningi hokeistów Cracovii, później ślizgawka dla mieszkańców, dlatego curling to raczej sport dla rannych ptaszków. Albo nocnych marków, bo czasami trenujemy też przed północą.

Z V LO…

Jeśli napiszemy, że o powstaniu KKC zadecydował jeden centymetr, nie będzie w tym ani trochę przesady. Właśnie o grubość palca drużyna Norwegii pokonała w olimpijskim finale w 2002 r. faworyzowanych Kanadyjczyków, a towarzyszące meczowi emocje skłoniły kilku uczniów V LO do powołania klubu, w którym mogliby spróbować tego nieco egzotycznego sportu. Na pierwszy regularny curlingowy trening pod Wawelem przyszło poczekać kolejne sześć lat – zdobycie kamieni i miejsca do treningu to nie taka prosta sprawa. Co ciekawe, jeszcze przed oficjalnymi treningami krakowscy curlerzy osiągali sukcesy – brązowy medal w III Mistrzostwach Polski w Łodzi w 2006 r. był pierwszym z nich.

Później tak jak w curlingu – mocne odbicie zapewniło należyty impet, a popularność puszczania „czajników” po lodzie wzrastała. W otwartych treningach w ramach „ferii z curlingiem” regularnie bierze udział ponad sto osób: dzieci, młodzieży i dorosłych, bo to dyscyplina egalitarna. Dziś w klubie zrzeszonych jest kilkanaście czteroosobowych drużyn, których członkowie spotykają się na cosobotnich treningach na lodowisku przy Siedleckiego, wspólnie wyjeżdżają też do śląskich Pawłowic, Gliwic, a nawet do Bratysławy, by tam trenować i grać na odpowiednio przygotowanych torach.

Curling w Krakowskim Klubie Curlingowym. (fot. P. Banasik)

Trafić w „dom”

– Najprościej mówiąc, trzeba tak wypuścić kamień, żeby znalazł się bliżej środka okręgu na końcu toru niż kamienie przeciwnika – przedstawiane przez Karola Nowakowskiego zasady wydają się proste, jednak kiedy dochodzą do tego kolejne pojęcia: domy, strażnicy, slajdy, stopery, szczotki i endy, sytuacja trochę się komplikuje. Tym bardziej że każdy z kamieni waży dwadzieścia kilogramów, tor ma długość ponad 45 metrów, zaś „dom”, do którego trzeba trafić – średnicę nieco powyżej 3,5 metra.

– Mimo sporego ciężaru kamienie wypuszcza dość lekko: odpowiednio przygotowana tafla lodu pokryta jest kropelkami zamarzniętej wody, dzięki czemu kamień uzyskuje właściwy poślizg – mówi prezes KKC. I dodaje, że technika polega na nadaniu kamieniowi odpowiedniej prędkości i rotacji, dzięki której może wkręcić się on między strażników (czyli kamienie blokujące dostęp do domu) przeciwnika. Przydają się też szczotki: intensywne pocieranie lodu może wydłużyć ślizg kamienia o dwa-trzy metry lub zmienić jego tor. Oprócz taktyki, za którą w każdym czteroosobowym zespole odpowiada tzw. skip, w curlingu liczy się także precyzja, wyczucie siły i równowagi oraz cierpliwość i – jak to na lodzie – zimna krew. – Mecz trwa około dwóch godzin, podczas których każdy zawodnik zagrywa dwadzieścia kamieni, a o końcowym wyniku często i tak decydują centymetry – opowiada Karol Nowakowski, przekonując, że emocje pojawiają się nie tylko w przypadku olimpijskich finałów.

Curling w Krakowskim Klubie Curlingowym. (fot. P. Banasik)

Z ziemi szkockiej do Polski

I nie tylko do Polski. Curling ma swój początek w Szkocji, gdzie uprawiano go już w XVI wieku i gdzie powstał pierwszy klub curlingowy. Ze Szkocji pochodzą także kamienie, których używa się w grze – specjalny granit, który w niewielkim stopniu wchłania wodę, wydobywany był do niedawna jedynie na wyspie Ailsa Craig na zachodnim wybrzeżu Szkocji. Nic więc dziwnego, że komplet kamieni może kosztować nawet 30–40 tys. zł.

– Finansowy poziom wejścia w Krakowskim Klubie Curlingowym jest jednak dużo niższy – śmieje się jego prezes. Kwartalna składka członkowska to 40 zł, wpisowe – 30 zł. Za kilkadziesiąt złotych możemy cieszyć się profesjonalnym sprzętem, który jest niezbędny do uprawiania tego sportu. Oprócz dostępu do przygotowanego lodowiska, kamieni, szczotek czy haków (z nich zawodnik odbija się przy zagraniu) każdy z członków może korzystać także z treningów teoretycznych i praktycznych, wsparcia sportowego i technicznego, a także spotkań i wyjazdów szkoleniowych.

– Nie można zapomnieć o dobrej zabawie, która towarzyszy treningom. Jak w każdym sporcie, tak i w curlingu pojawia się rywalizacja, ale niepisane zasady fair play sprawiają, że w środowisku panuje świetna atmosfera – zapewnia Karol Nowakowski. Kodeks sportowego zachowania odgrywa w grze bardzo istotną rolę: z dezaprobatą patrzy się na radość z potknięć przeciwnika, a nawet na najważniejszych turniejach zawodnicy potrafią zgłosić popełniony przez siebie faul czy błąd. Ciekawą tradycją jest także to, że wygrana drużyna stawia po meczu piwo swoim przeciwnikom.

Curling w Krakowskim Klubie Curlingowym. (fot. P. Banasik)

Wślizgnąć się do czołówki

Choć curling narodził się w Szkocji, najwięcej zarejestrowanych zawodników – blisko milion – ma dziś Kanada i to curlerzy spod znaku klonowego liścia otwierają dziś światową czołówkę. W Polsce gra się w nocy lub bladym świtem, zwykle na normalnych lodowiskach – pierwsza profesjonalna hala curlingowa dopiero powstaje w Łodzi. Mimo takich problemów rodzimi zawodnicy awansowali do grona dziesięciu najlepszych drużyn Europy (zawodniczki spadły, niestety, do Dywizji C).

Nazwa dyscypliny wywodzi się od szkockiego słowa „curr”, oznaczającego gwar lub szum, jaki wydaje kamień sunący po lodzie. Pora, żeby lodowe hale w całej Polsce wypełniły się gwarem zawodników, a curling wyszedł z niszy. – W curlingu fajne jest to, że niewiele potrzeba, żeby cieszyć się grą. Wystarczy ciepłe ubranie i wygodne buty. To sport dla każdego, niezależnie od wieku, płci i kondycji, w którym na równym poziomie mogą grać nawet wielopokoleniowe rodziny – przekonuje Karol Nowakowski.

Na igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu rzeczywiście medalu jeszcze nie zdobędziemy, ale kto wie – może w Pekinie w 2022 roku będziemy już curlingową potęgą?

Piotrek Banasik

Ma aparat, dlatego robi zdjęcia (czasami nawet fotografie). Założyciel atelier fotograficznego BananStudio.pl. Miłośnik jazzu, kotów (w zasadzie kota – Szalika) i tarty ze szpinakiem, fan piłki nożnej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *