Jadąc po b(r)andzie

Choć jest tak różowo, zdarza się też czarnowidztwo. Spośród 61 tysięcy zatrudnionych w krakowskim sektorze korporacji nie wszyscy bywają zadowoleni. W tym numerze „What’s Up Magazine” wskazujemy wam mielizny na tym rynku pracy. Omijajcie je czym prędzej.

 

Ines Conradi jest wyczerpana, Bukareszt okropny, jej firma balansuje na granicy opłacalności. Po nocach Ines śnią się pojęcia „optymalizacja”, „outsourcing”, „wskaźniki rumuńskiej gospodarki”. Czasem ćpa, rzadko uprawia (beznadziejny zresztą) seks, najczęściej popada w obezwładniającą depresję. Aby wyrwać ją z korporacyjnego letargu, jej ojciec emeryt przyjeżdża z bogatszych Niemiec, nakłada perukę, przykleja sztuczne zęby. W kostiumie czarnej, włochatej małpy postanawia choć na moment dać Ines cząstkę prawdziwego życia.

 

Tak jest w filmie. I choć „Toni Erdmann” niemieckiej reżyserki Maren Ade schodzi właśnie z ekranów polskich kin, zdecydowanie powinniście go zobaczyć. Pokazuje tę drugą, wstydliwą twarz boomu na „tańszego pracownika”: tępo wykonywane rutynowe zadania, wyrabianie słupków, hipokryzję szefów, oportunizm team-leaderów, ogólny marazm, zakłamaną atmosferę…

 

Braki w odmóżdżeniu

 

Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się w porządku. Globalne firmy inwestują w Krakowie na potęgę, rynek dojrzewa, światowe rankingi prześcigają się w dobrych ocenach perspektyw biznesu made in KRK. Jak wszędzie jednak, dość wyraźnie wyczuwalne jest stopniowanie: od brandów dobrze ocenianych, do których wciąż potrafi ustawić się kolejka chętnych, aż po te uzyskujące najsłabsze oceny, które z powodu własnych błędów muszą walczyć o pracownika wszelkimi dopuszczalnymi metodami.

 

O tym, że w krakowskim biznesie zdarzają się nieciekawe firmy, zapytani przez nas HR-menedżerowie mówią wprost (choć nigdy pod nazwiskiem). O kuriozach w funkcjonowaniu niektórych korporacji mówi się półgębkiem w firmowych kuchniach i podczas spotkań ze znajomymi z branży. Ze świecą szukać kogoś, kto pod nazwiskiem wygłosi krytyczną opinię.

 

– Powszechnie wiadomo, że w dobrze naoliwionym korporacyjnym organizmie [w styczniu 2017 w branżach centrów usług w Krakowie BPO/SSC/IT/R&D pracowało 61 tys. osób – red.], muszą znaleźć się czarne owce. Na szczęście to absolutny margines. 99 proc. działających w Krakowie globalnych firm nie pozwoliłoby sobie na jakiekolwiek tego typu uchybienia. Wszystko jest tam zapięte na ostatni guzik i to m.in. sprawia, że krakowskie filie najlepszych brandów świata oceniane są tak wysoko – mówi w rozmowie z nami Wojciech, HR-owiec jednej z bardziej aktywnych firm rekrutacyjnych w aglomeracji Krakowa i na Górnym Śląsku.

 

Jeśli coś miałoby w tym idyllicznym obrazku skrzeczeć, to – zdaniem naszego rozmówcy - raczej w mniejszych i mocno uzależnionych od klienta firmach BPO, gdzie często nadal pracuje się przy dość odmóżdżających procesach. I to nieraz w fatalnej atmosferze, wśród pokrzykujących i działających na nerwy szefów działów i podlizujących się pracowników. Potwierdzają to nasze wywiady z szeregiem osób z szeroko pojętego sektora outsourcingu, które pytaliśmy o warunki pracy i codzienność w takich firmach.

 

Korpo dobra-rada

 

Wprawni w wysyłaniu CV i szukaniu pracy przez linkedinowe (i nie tylko) kanały chętnie dzielą się doświadczeniami. Wśród opinii, jakie udało się nam zebrać o firmach, które lepiej omijać szeroki łukiem, przeważają takie głosy:

 

– nie ma sensu forsować swej kandydatury do kilku mniejszych firm sektora BPO, które nie ewoluowały jakoś wyraźnie i od dekady zlecają pracownikom bardzo podstawowe zadania (jak help desk IT np. dla amerykańskiego klienta czy żmudne wypełnianie Excela),

 

– unikać paru gigantów BPO, którzy choć przestrzegają kodeksu pracy, mają spory problem z dysponowaniem czasem pracy swoich ludzi (kwestia nadgodzin, dodatkowych zleceń, doliczania czasu za lunch czy toaletę, krzywych spojrzeń na jakiekolwiek wolne),

 

– darować sobie korporacje robiące biznes na finansach, a zarządzane totalitarnie przez np. niemieckich czy szwajcarskich menedżerów, z których wielu kieruje działami firmy jeszcze od lat 90. XX wieku (bardzo sztywna struktura, zazwyczaj fatalna atmosfera, dość nierealne KPI, z których rozliczany jest później zestresowany zespół albo pojedynczy pracownik),

 

– szału nie ma, jeśli chodzi o firmy sterowane z centrali w Indiach. Chodzi przede wszystkim o zderzenie charakterystycznych cech indyjskiego społeczeństwa z zachodnią kulturą pracy. Bo…

 

Okrutni Hindusi, źli Niemcy, panika Anglików

 

– Wyobraźcie sobie teraz biznes przeniesiony nie z Krakowa do Indii, ale na odwrót. Z całym szacunkiem, sterowanie z Bombaju czy Bangalore zatrudnionymi w Polsce pracownikami to nie takie łatwe zadanie – ocenia Anna, 35-letnia rekruterka działająca w sektorze IT. Zna sporo przypadków udanych relokacji części mniej skomplikowanego biznesu z Polski do Indii (np. IBM). Odwrotnych – zero.

 

W krakowskich centrach usług zatrudnionych jest kilkuset pracowników z Indii. Zarówno w międzynarodowych zespołach, jak i jako kadra menedżerska. Puzzle polsko-indyjskich relacji zawodowych układają się tak, że podczas gdy z pracownikami niższego szczebla nie notuje się praktycznie żadnych problemów (pełna współpraca, zdolności interpersonalne, wysokie kompetencje), o tyle zarządzający przysłani z indyjskich centrali potrafią napsuć tutejszym zatrudnionym nieco krwi.

 

– Czym innym jest współpraca z kolegami Hindusami na poziomie zespołu, czym innym przenoszenie typowego dla indyjskiego modelu zarządzania nerwowego stylu i chaosu. Bywa więc, że w hinduskich firmach w Krakowie ludzie skarżą się na rozmaite niewygody, bałagan, brak decyzyjności ze strony szefów. Ci zaś, świadomi nieprzychylnych opinii wyrażanych np. w sieci, od pewnego czasu mocno walczą o pracowników podstawowego szczebla, oferując im wyższe stawki. Prosty rachunek: albo pracujesz w lepiej ocenianym BPO i zarabiasz kwotę X, albo godzisz się na lekkie utrudnienia, ale dostajesz np. tysiąc złotych więcej.

 

Innej znanej firmie, tym razem z branży bankowej, dostaje się z powodu „brexitowego stresu”. – Anglicy, którzy nią kierują, dostali ostatnio niezłego bzika. Z powodu groźby relokacji części biznesu spowodowanej zamieszaniem wokół Brexitu, nie liczą się zbytnio z pracownikami pod względem nadgodzin czy dodatkowych obowiązków. Liczy się tylko śrubowanie wyniku, aby ktoś w londyńskim City nie wpadł na to, żeby ich zamknąć i przenieść np. do Wietnamu – opowiada Sylwia, która w listopadzie 2016 zdecydowała się na zmianę pracodawcy po trwającym cztery doby dzienno-nocnym maratonie w swojej firmie.

 

Wilkiem na młode matki

 

Mało wam? Wiele z wymienianych przez naszych informatorów firm ma problem z zachodzącymi w ciążę kobietami w wieku przed trzydziestką. Zazwyczaj ich przełożonymi są kilka lat starsze team leaderki, którym zdarza się stosować nieprzyjemne szykany wobec młodszych kobiet. – Oficjalnie firmy chwalą się otwartym i życzliwym podejściem do nowych mam w zespole. Ale często to fikcja, właśnie przez zachowanie poszczególnych team leaderek – ocenia Wojciech w rozmowie z „What’s Up Magazine”.

 

Potwierdzają to kobiety z doświadczeniem w BPO księgowości i finansów. – Obserwowałam takie klimaty, pracując w kilku mniejszych firmach tego wycinka rynku. Część kadry dowódczej wprost bojkotowała młode mamy, traktując je jako darmozjady, które tylko zaśmiecają innym terminarz swoimi problemami. Rotacja była ogromna, bo na rynku znajdziesz wiele firm, które uczciwie traktują kwestię bycia mamą. Byłam zaskoczona, że w XXI wieku ludzie pozwalają się tak traktować – żali się 29-letnia Kamila, finansistka, „korpoludek” od czterech lat. – W mojej dawnej firmie nie respektowano praw kobiet, które po porodzie wcześniej niż standardowo zgłaszały się do pracy. Kadra zarządzająca patrzyła na to przez palce, bo najważniejszy jest wynik, śrubowany za wszelką scenę – słyszymy od innej z pracownic.

 

Mobbingu nie stwierdzono

 

Co ciekawe, nawet w najsłabiej ocenianych korporacjach praktycznie nie słychać o klasycznym mobbingu. Praktycznie nie spotyka się też przypadków molestowania seksualnego, choć oczywiście w ocenie takich sytuacji granica kwalifikacji jest płynna. – Żyjemy w erze smartfonów, social mediów, dyskusji błyskawicznie roznoszących się w sieci. Jakiekolwiek tego typu przypadki są łatwe do nagrania i wpuszczenia w internet, a wówczas nie chciałbym być w skórze ani napastowanej, ani oskarżonego – ocenia Anna.

 

Bywa, że social media pełnią w krakowskim korpoświatku zaskakującą funkcję. Głośna kilka miesięcy temu była sprawa luksusowej kolacji i imprezy w klubie (z dowozem limuzyną), jaką za integracyjny budżet zorganizowała sobie kadra kierownicza jednego z potentatów biznesu fakturowania. W tym samym czasie pracownicy firmy sączyli beczkę wygazowanego piwa w pubie na Kazimierzu. Na bieżąco mogli podglądać na facebookowych profilach, jak szampańsko bawią się w jednej z droższych restauracji ich szefowie.

 

Różowo w tej firmie nie jest też na co dzień. „Totalna rotacja. Ludzie odchodzą, bo normy produktywności są tak wyśrubowane, że nawet w pełnym składzie zespołów trudno im sprostać. Śmieszne podwyżki, rzędu 1-2 proc. po roku, żenujący poziom HR, no i firma na cenzurowanym, stąd kilkukrotne kontrole Państwowej Inspekcji Pracy, gdy okazało się, że sposób wypłacania pensji pracownikom był niezgodny z prawem, plus źle naliczane nadgodziny (on call w nocy i przez cały weekend). Plus Sanepid, bo ludzie skarżyli się na klimatyzacje, zaduch w firmie, zły stan sanitarny”… – to opinia z popularnego portalu Gowork.pl.

 

Na Gowork znajdziemy również nieco gorzkich słów o wspomnianych firmach z Indii czy zarządzanego przez rumuńską kadrę BPO, ale też o pozornie dbających o pracowników potentatach m.in. z Krakow Business Park w Zabierzowie. I znów wśród krytyki (odrzucając te ewidentnie pisane ze złej woli), trafimy na perełki pisane – jak można podejrzewać – przez managment. Nagle, po litanii grzechów o często spotykanym w korporacjach szklanym suficie, złym traktowaniu zbyt samodzielnie myślących pracowników, szykanach wobec młodych mam, niesprawiedliwym systemie naliczania nadgodzin, buncie części zespołu z powodu nierespektowania przez pracodawcę np. urlopu na życzenie czy nawet zwolnienia L4, czytamy, że „firma jest świetna, atmosfera super, nie wiem skąd te krzywdzące opinie, chyba od tych, którzy nigdy tam nie pracowali”.

 

Z innej strony dochodzą nas nieoficjalne informacje o próbie wpływania na administratorów Gowork.pl, aby usuwali pod dyktando firm nieprzychylne komentarze, stanowiące przecież pierwszą do pokonania przeszkodzę w rekrutowaniu wartościowych ludzi. Czy to prawda? Ze strony portalu nie doczekaliśmy się odpowiedzi.

 

Bankructwo idei

 

A co, gdy firma postanawia zwinąć manatki? Przyjrzyjmy się trzem najbardziej spektakularnym przypadkom. W tym najgłośniejszemu: bankructwu zatrudniającej tu ponad 300 osób LowCostTravelGroup – kombinatu z rezerwacjami tanich pakietów wycieczek. W lipcu 2016 r. firma oświadczyła zdumionym pracownikom, że na kontach nie ma środków na ich wypłaty. Zdesperowani do dziś upominają się o pieniądze. Na szczęście chłonny rynek pracy dawno zaoferował im nowe zajęcia u konkurencji. Plotki zaś głoszą, że powodem zniknięcia firmy nie było bankructwo, a sprytne wypompowanie środków.

 

Z Krakowa nadspodziewanie szybko zwinął się SABMiller. – Zdecydowaliśmy się na outsourcing tej działalności do wyspecjalizowanych poddostawców – tak brzmiał oficjalny komunikat SABMiller, jaki zaraz po ogłoszeniu decyzji „Kraxitu” wygłosił Richard Farnsworth, odpowiedzialny w koncernie za kontakty z mediami. Nieoficjalnie mówi się jednak o innych przyczynach. – Ktoś przeszarżował w SABMiller, opowiadając bajki o kwocie X, jaką muszą zapłacić za instalację oddziału w Krakowie. Faktyczne koszty okazały się o niebo wyższe, firma straciła kasę, a brand dobrą opinię na tutejszym rynku – wylicza nasz informator.

 

Inaczej wyglądała długotrwała agonia krakowskiego oddziału Serco, call-centerowej firmy obsługującej w Krakowie głównie linię lotniczą easyJet. Działająca w Krakowie odnoga firmy dwukrotnie zmieniała właścicieli. – Dopóki była zarządzana przez Brytyjczyków, wszystko było ok. Ale kiedy sprzedano biznes Hindusom, zaczęło się wszystko sypać, aż posypało kompletnie. Ludzie łapali się za głowy, zmuszani do podpisywania np. śmiesznych lojalek czy odliczania czasu na wyjście do toalety – opowiada Marta, była pracownica firmy. Przyznaje jednak, że likwidatorzy biznesu w Krakowie uregulowali wszystkie pensje i zaległości wobec personelu. Niesmak pozostał, a w sieci nadal można trafić na niepotwierdzone opowieści o koszmarnej swego czasu atmosferze w Serco.

 

997, halo?

 

Jak można się spodziewać, do oszałamiającego sukcesu krakowskich centrów usług mogła przypłynąć też brudna piana z innych, już mniej gwałtownie rozwijających się biznesowych portów. Nie wszyscy wiedzą, że kilku skuszonych szybką możliwością zarobku cwaniaków menedżerów naraziło działające w Krakowie firmy na spore problemy finansowe. Tym razem to nie korporacje popełniały grzechy wobec pracowników, ale zatrudnieni postanawiali dorobić, skubiąc na boku ich zasoby.

 

Niektóre historie, do jakich dotarliśmy, mrożą krew w żyłach i rzeczywiście brzmią sensacyjnie. Bo czy na okładki tabloidów nie nadaje się historia pewnego menedżera – nazwijmy go Mark – międzynarodowej firmy z Zabierzowa działającej w sektorze bankowym, który to (notabene oceniany wysoko Brytyjczyk z kilkuletnim stażem na stanowiskach kierowniczych) zajął się pieczołowicie zyskami jednego z działów?

 

A że kreatywną księgowość ma w małym palcu, w ciągu kilkunastu miesięcy na przełomie 2012 i 2013 roku zdołał błyskotliwie przegrupować około 800 tys. zł między firmowymi a prywatnymi kontami. Aresztowanie Marka było równie błyskotliwe. Policja, kajdanki, radiowóz na sygnale. I szok współpracowników, dla których był wzorem przedsiębiorczego menedżera, a nie defraudującym setki tysięcy złotych malwersantem.

 

Choć wieść o wyprowadzaniu w kajdankach jednego z czołowych menedżerów owej firmy rozeszła się w krakowskim korpoświatku lotem błyskawicy, jej heads of podjęli desperacką próbę zamiecenia incydentu pod dywan. Udało się połowicznie. Nie pomogła wcześniejsza afera, tym razem z menedżerem niższego stopnia, który poczuł wyjątkową miętę do gromadzonych jako bonusy dla kilkuset pracowników bonów Sodexo. Kiedy pod koniec roku oczekiwali na sodexowy wysyp przed świętami, obrotny menago napisał do nich oficjalny mail. Twierdził, że mimo pochwał z centrali, firmowe zespoły nie wyrobiły oczekiwanych słupków, bonów więc nie będzie. Oczywiście, że były – tyle że… sprzedane hurtem na Allegro. Za uzyskane w ten sposób blisko 200 tys. zł nasz „ananas” sprawił sobie nówkę limuzynę Lexusa i kilka drogich aparatów fotograficznych.

 

Marcin Kwaśny











Zapisz się do naszego newslettera




©2015 What's Up Magazine - wszelkie prawa zastrzeżone

What's Up?

Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco.