THAI: wejść na inne szlaki

Luksus i cisza na tajskiej prowincji. Czyli coś, czego szukamy w naszym zabieganym, „korporacyjnym” życiu. Oryginalny pomysł, na który nie wpadły jeszcze tysiące nam podobnych

Krabi, Koh Tao, Koh Lipe. Rajskie, sielskie, anielskie. Mówisz „Tajlandia” i od razy wyobrażasz sobie egzotyczne wyspy, którymi usiano oblewające ten kraj ciepłe morze. Kiedy dodasz do tego szczyptę nieodłącznych, tajskich wabików (aromatyczna kuchnia, gościnność i serdeczność ludzi, bujnie rozkwitła, tropikalna przyroda), możesz szybko odpłynąć w marzycielską krainę. Od chłodnej Europy dzieli ją jakieś 12 godzin samolotem. W realu. Przez Dubaj, Dohę, Abu Zhabi, Frankfurt, Moskwę, Wiedeń…

Ale Tajlandia to nie tylko rajskie wyspy pośrodku szafirowego morza, nadmorskie kurorty typu Pattaya czy wiecznie rozedrgany Bangkok – metropolia, które skupia jak w soczewce wszystkie atuty i wyzwania Dalekiego Wschodu. To również coś więcej niż inkrustowany setkami buddyjskich świątyń, zielony region Chiang Mai na północy, do którego rok co rok przyjeżdża więcej gości. Nowe trendy w azjatyckiej turystyce sugerują nam spojrzeć na szalenie modną Tajlandię pod nieco innym kątem. Poszukać rewirów mniej wydeptanych przez tłumy, mniej komercyjnych, gdzie wciąż można posmakować oryginalnych tajskich kultur, relacji, smaków, pejzażów. Słowem wszystkiego, co sprawi, że zakochamy się w tym kraju raz jeszcze. Kto wie – może nawet bardziej intensywnie, niż dotąd.

Kanchanaburi. Ayutthaya. Prowincje centralnej Tajlandii. Krainy rzek, gęstych lasów, wysokiej temperatury, cykających wieczorami koncertów mieszkających nad wodnymi szlakami płazów i owadów. Dla jednych będzie to tajska prowincja, w której tak łatwo się zgubić/zatopić, dla innych pigułka zwrotnikowo-monsunowego klimatu, dla jeszcze kolejnych Tajlandia przez duże „T”, bez tłumów turystów, żyjąca wg własnego, niezmiennego od dekad rytmu. Aytuthaya jest bardziej znana. W końcu centralne jej miasto, od którego nosi swą nazwę, to dawna stolica kraju. Pełna zabytków, nostalgicznych pejzaży, napotykanych na każdym kroku śladów dawnej świetności. Kanchanaburi jest znacznie większa, bardziej dzika, ma też własną, tragiczną historię (o tym zaraz). I graniczy z Birmą trudno dostępną dżunglą. Obszerne połacie rozgrzanego słońcem lasu pokrywają blisko połowę tej urokliwej prowincji.

„Most na rzece Kwai” widzieliście? Tak, to właśnie tu, w epicentrum Kanchanaburi rozgrywa się akcja jednego z najsłynniejszych wojennych dramatów hollywoodzkiego kina złotej ery lat 40-tych i 50-tych XX wieku. Po obu stronach płynącej środkiem Kanchanaburi leniwej Khwae (Kwai) piętrzą się bujne lasy i zarośla. Gdzieniegdzie rozsypane są tajskie wioski, zazwyczaj panuje tu majestatyczna cisza, tak różna od zgiełku multikulturalnego Bangkoku, trąbiących korków na lokalnych drogach, miejscowych targach. Khwae to rzeka, która widziała niejedną tragedię. Przede wszystkim w czasie II Wojny Światowej gehennę brytyjskich, birmańskich i tajskich więźniów zmuszonych do niewolniczej pracy na rzecz okupujących te tereny wojsk japońskich.

Ówcześni okupanci zmusili pojmanych w Hong Kongu Brytyjczyków, Australijczyków i lokalną ludność do arcyciężkiego karczowania i wykuwania w niedostępnych ludzką stopą ostępach dżungli torów kolejowych pod strategiczną dla Japończyków linię kolejową (zwaną Koleją Śmierci) z Bangkoku do Rangunu (stolica Birmy). Do dziś w głębi lasu można napotkać zarośnięte fragmenty torów, zardzewiałe lokomotywy z zastygłymi w ruchu towarowymi wagonami, przekształcone obecnie pod inną działalność pozostałości zabudowań dawnych obozów pracy (Sir Weary Dunlop Park czy Hin Tok). Najbardziej przerażające wrażenie robi Hellfire Pass, długi na pół kilometra wąwóz, który przez rok morderczej pracy wykuli więźniowie tego piekielnego miejsca. Kąsani przez tropikalne owady, atakowani przez moskity i węży, śpiący tylko 5 godzin dziennie i dostający tylko miskę pomyjów do zjedzenia nieszczęśnicy, na pewno nie wyglądali tak seksownie, jak hollywoodzcy aktorzy w „Moście na rzece Kwai”. Po latach pamięci o nich pilnują stowarzyszenia kombatanckie z Wielkiej Brytanii i Australii, w skały zatknięte są flagi, kwiaty, karteczki z modlitwami… Nieopodal, w mieście Kanchanaburi, można zobaczyć żeliwny most przerzucony nad Khwae, wiernie odtworzony w miejsce tego, który zbudowano takim wysiłkiem, a który zbombardowały pod koniec wojny alianckie samoloty.

Stop, koniec smutnych opowieści. Odwiedzając tę część Kanchanaburi ma się wrażenie, że miejscowi chcą za wszelką cenę pokazać swą krainę wyłącznie w pozytywnych barwach. I udaje się im to znakomicie, bowiem natura nie poskąpiła tej ziemi mnóstwa atrakcji w postaci nie tylko malowniczych krajobrazów okolic Khwae, ale i płodów ziemi, z których gospodarni Tajowie wyczarowują kulinarne cuda. I jak to w Tajlandii praktycznie każdy przydrożny bar, gar-kuchnia, lokalna restauracja aż kipi od fantastycznych smaków, kolorów, przypraw, aromatycznych zestawień. Je się pikantne curry, w którym topi się krewetki, delikatne mięso i warzywa, podaje pełne aromatu chilli zupy na mleku kokosowym, cudownie przyrządzone ryby łowione na miejscu, grillowane warzywa w ostrych, intensywnych sosach.

Tajska kuchnia to temat na osobną książkę. A miłość mieszkańców Tajlandii do tego, co serwują na swych stołach, nie ma sobie równych. Na znakomitym poziomie można zjeść w kilku położonych na brzegach Khwae luksusowych resortach, jak choćby The Float House River Kwai Resort (w totalną głuszę i dzicz dopływasz tam motorową łodzią jak między Wenecją a Lido), Hin Tok River Camp czy Home Phu Toey River Kwai. Bez dwóch zdań – to znakomite miejsca nie tylko na odpoczynek, ale i na poznanie lokalnej społeczności i zwyczajów. Co ważne, te resorty to propozycja również na polską kieszeń: nocleg w pięciogwiazdkowym prywatnym domu w The Float House River Kwai Resort, kołyszącym się delikatnie na rzecznej toni, kosztuje między 300 a 400 złotych. Do dyspozycji drewniany taras nad nurtem Khwae, eleganckie kolacje i śniadania, pełne wyposażenie, niedrogie masaże…

Ale wizyta w tej części Kanchanaburi nie oznacza tylko luksusowego spa w otoczeniu tajskiej przyrody. W okolicy aż roi się od innych atrakcji, jak stojące na wysokim poziomie agrogospodarstwa, wizyta w schronisku dla słoni Muang Sing (możesz wykąpać się wraz ze stadem słoni w rzece i własnoręcznie je nakarmić), świetny park linowy Tree Top Adventure (ekstremalne przeżycie, zwłaszcza ponad 200-metrowy, ultraszybki „przelot” nad zatopionym w dżungli jeziorem), czy wioska birmańska z piękną buddyjską świątynią w lesie (przedsiębiorczy Birmańczycy na co dzień pracują w okolicznych hotelach, a w miejscu swojego zamieszkania promują lokalne produkty w sklepiku, m.in. ręcznie tkane chusty czy bardzo popularną maść thanaka).

Nasączenie tajską przyrodą i smakami nie może być wieczne. Czas wrócić bardziej na południe, w obręb prowincji Ayutthaya. Zetknąć się z prastarymi dziejami królestwa Tajlandii, odwiedzać wspaniałe świątynie w koronnym mieście, pływać rzeką Menam i wpływającymi doń kanałami. Smakować miejscowe ryby, kupować owoce i warzywa na ajuttajskim targu, lepić sobie palce słodkim lepem wypływającym z ciepłych placków roti. Upał nie będzie nam straszny: po kilku dniach przywyczaisz się do buchającego jak z pieca gorąca. Za dnia będziesz szukać ukojenia w cieniu wdychając upalne, azjatyckie powietrze. Wieczorami żaby i cykady urządzą ci wspaniały koncert w okolicznych szuwarach. Rano wyruszysz z dawnej stolicy Ayutthaya to stolicy obecnej – Bangkoku. I na kosmicznym lotnisku Bangkok International Suvarnabhumi Airport zostawisz za sobą duszne, pikantne tropiki aby obrać kurs na jakże chłodną Europę. Cóż…

Rafał Romanowski

Dziennikarz, publicysta, podróżnik, wykładowca i szkoleniowiec w jednym. Pisze głównie dla „Gazety Wyborczej” o polityce, nowych trendach, social media, lotnictwie, różnych krajach globu. Wykłada dziennikarstwo na Wydziale Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego i w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera. Podróżował m.in. przez: Malezję, Sri Lankę, Namibię, Tajlandię, Syrię, Chiny, Liban. Współautor dwóch książek o Krakowie oraz bloga Miastaiuczucia.pl. Aktywny na Twitterze jako @FkrutceCom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *